piątek, 17 maja 2013

Siódmy

~Sami-Chyba-Zgadniecie-Kto SCZK~


-To tutaj?
-Nie!- Zapytał po raz 42 i uzyskał wciąż tą samą odpowiedź. Wreszcie zobaczyłem, a przynajmniej tak mi się wydawało, odpowiedni dom.
-Tam? -pokazał palcem przed moimi oczami, przy czym dźgnął mnie w oko.
-Nie, kurwa!
Obrażony odwrócił się na pięcie i poszedł przed siebie. Co chwilę się odwracał, sprawdzając, czy za nim nie pójdę, ale nadal stałem w jednym miejscu. Zniknął za zakrętem, a chwilę później wychylił jeszcze swój rudy łeb. Później się schował i już go nie widziałem....
2318,2324... 2332! Podszedłem pod drzwi domku i zapukałem... I znowu.... I znowu...
~*~
56 raz i 57 raz ...
-Czego?!- otworzył mi dwumetrowy... mutant z sianem na łbie, uderzając mnie drzwiami w łeb... Upadłem na trawę. -Niczego nie kupuję. -Odwrócił się i kiedy zamykał drzwi, wydarłem się.
-Mieszka tutaj Deborah Isbell?
Wstałem i otrzepałem tyłek. Chwila ciszy... I JEB! Mam nadzieję, że mój ryjek zbytnio nie ucierpiał...
-Co ja. Ci człowieku. Zrobiłem?!- chwyciłem jakieś kamienie i po każdym wypowiedzianym słowie ciskałem w Mutanta. On niewzruszony patrzył na mnie jak na idiotę, do momentu, w którym nie chwyciłem szpadla...
-Nie znam jej! NIE ZNAM! PRZYRZEKAM! Ale odłóż to! To ulubione narzędzie Charlie! Zabije mnie, jak coś z tym zrobię!
Zabrał mi szpadel z rąk, skubaniec, i … zamknął drzwi? Usiadłem pod ścianą z głupią nadzieją, że może mieszka tutaj ktoś normalny... Poczekam....



~Charlotte~


-PUSZCZAJ MNIE! Aaaa! Ratuunkuuuu! Ludzieee! Ten grubas....
-Proszę o zachowanie spokoju. Nic pani nie robię, to pani zakłóca spokój.
-Gówno prawda! On kłamie! Nie słuchajcie go!- zaczęłam rzucać się na wszystkie strony. Co ja robię w takich sytuacjach?... Mózgu? Nic? Ok... Co by zrobiła Debby...? Myśl jak Debby.... Negocjacje!
-Paniee....-cisza- EHEEM!- odchrząknęłam- Paniee...? -znowu cisza.- Ok. Nazwę Cię Pan Pączek. No więc. Panie Pączek, jestem niemal w 99 procentach przekonana, że to wielkie nieporozumienie!- zerknęłam na jego twarz. Jej to idzie lepiej...- Może pójdziemy na kompromis? Pan mnie puści- będę wola, a pan będzie... miał? Wolne?
-Nic z tego, dzikusie.
-Kurwa... Jej to wychodzi....- mruknęłam pod nosem i próbowałam zatrzymać się na chodniku.
Co jeszcze mogę zrobić? Co by zrobił, Duff?...
-HAHAHHAHAHHAHHAA(...) DUFF! Hahhahaha (…)

~Jakieś pięć minut później, kiedy nie mogłam oddychać, a Pan Pączek był koło radiowozu~
-No...Hahaha! Ale gdybyś go znał! Haha! Ale nie znasz.. Mała strata! Haha!
Pan Pączek wrzucił mnie do auta i wsiadł na miejscu kierowcy. Rozsiadłam się na tylnych siedzeniach, kiedy zauważyłam ciekawą sytuację za oknem... Jakiś chudy rudzielec gryzł właśnie policjanta. Fuck. Zapomniałam o tym sposobie. Pan Pączek wyskoczył z samochodu jak poparzony i pomógł koledze, który próbował złapać Rudego. Lubię go, nie Pana Pączka, Rudego. ''Funkcjonariusze najlepszej na świecie policji z Seattle'' wreszcie uporali się z Rudym i prowadzili go w moją stronę. Nazwę go Ardal*. Wygląda na porządnego Irlandczyka z małym niedotlenieniem mózgu. Tak, to imię go odzwierciedla. Pan Pączek i drugi policjant wrzucili mojego nowego przyjaciela do samochodu, zamknęli drzwi i zajęli przednie siedzenia. Po wiązance przekleństw i obgryzieniu krzeseł, Ardal, zauważył, że nie jest sam.
-Aaaa! O, cześć. Axl jestem. -Kłamca! Ma na imię Ardal...
-Charlotte.- z wyszczerzem uścisną moją dłoń i chyba nie miał zamiaru puścić.

~Duff~


-Czego?!
-Witam. Tutaj Sierżant Policji... Bill Doughnut , czy rozmawiam z Michael'em McKagan'em?
-Yy... Nie?
-EEJJJ, PĄCZEK! SPRÓBUJ DUFF.
-Duff McKagan?
-Taa... Już po nią idę.
Jak zwykle, kurwa. Człowiek siedzi sobie spokojnie, kiedy dzwoni Pączek i mówi, że mam odebrać Charlie. Jak zwykle zwlokłem moją seksowną dupę z krzesła, jak zwykle przedarłem się przez pokój, jak zwykle założyłem buty i kurtkę, jak zwykle kopnąłem drzwi, które przywaliły w... tego kolesia...Jak? Zwykle?
-Kurwa, idioto! Ja tylko kogoś szukam!
Bęędą kłopoty. Ruszyłem przed siebie jak najszybciej Duff'owe nogi potrafią i kilka minut później zdyszany wszedłem do budynku. Jak zwykle uśmiechnięta Jenny powitała mnie oklepaną regułką,a przynajmniej próbowała.
-Witam. Komenda...
-Daj spokój, Jenny. Mogę ją zabrać?
-Oczywiście. Pącz... Znaczy Sierżant Doughnut Ci ich przyprowadzi. Nie wiedziałam, że masz brata.
-Mam brata?!
Mam brata..? JA MAM KURWA BRATA?! W tym momencie Pączek przyprowadził Charlie i jakiegoś rudzielca.
-Cześć, braacie! Dzięki, że tak szybko! Widzicie! Takiego mam świetnego brata! Nie, Duffy?
-Yyy....
-Nieważne. Wychodzimy....
Zapłaciłem podwójną ilość pieniędzy za tą wiewiórę, nie ma sprawy. Ale żebym nie wiedział, że ja mam brata?!
-Powietrze!- Charlie zaczęła zbiegać z podjazdu dla wózków inwalidzkich dziko przy tym krzycząc, a mój BRAT... Gdzie on jest?! Nie schowasz się przede mną! Już nie! Może przez te 18 lat się ukrywałeś, skurwysynie, ale teraz znam prawdę!
Heeej! Ja to powiedziałem! Znaczy, pomyślałem. Jeden chuj... Dobre, mózgu! Piątka! Przywaliłem dłonią w głowę... ta, ale nie trafiłem i wiłem się teraz po ziemi niczym wąż.
-Sssssssssssssssss.
Zacząłem syczeć. Nagle Charlie i Brat pojawili się nade mną z dziwnymi minami... No co? Nigdy nie byliście wężami na środku ulicy? Dziwne.
-Chsssesieee mi wmówić, że on to mój brat? -wstałem, otrzepałem się i udawałem poważnego.
-No nie...
-On przecież jest rudy!-krzyknąłem. Stop, czy ona zaprzeczyła?
-No oczywiście, że jest rudy! Każdy prawdziwy Irlandczyk tak ma!- oburzyła się Charlie, śmiejąc mi się w twrz.
-No właśnie!...-przytaknął rudy Irlandczyk prychając, a chwilę później dodał- COO?!
-Nie wmówisz mi, że nie jesteś Irlandczykiem!
-Axl jestem.- podał mi rękę. Czyli... On nie jest moim bratem... czy jest..? Za dużo informacji!
-Duff.
Nagle, poczułem, że ktoś mnie dźga w plecy. Odwróciłem się i dłoń kochanej kuzynki znalazła się na mojej twarzy.
-Za co tym razem!?
Nie usłyszała? A może nie chciała?
(trzy minuty ''myślenia'' później)
Chyba ją olałem. Tak. To chyba dlatego. HEJ!? Gdzie oni są?
-Charlie? A-Axl...
Mnóstwo dziwnych ludzi zaczęło się na mnie gapić, więc czym prędzej ruszyłem w stronę domu z bojowym okrzykiem, żeby przebić się przez tłum wracających z pracy, czy coś takiego.


~Charlotte~


Po pięciominutowym biegu WRESZCIE byliśmy prawie na miejscu. Wystarczy, albo przejść dwie ulice, albo przedrzeć się przez krzaki. Tak, wybrałam drugą opcję, nie mówiąc Axl'owi o pierwszej.
-Nieee. Nie przejdę.
-Kurwa. Przejdziesz!
-Ymm... Spójrz na moją twarz. I na swoją....Już? A teraz pomyśl o konsekwencjach przedzierania się przez te krzaki.
-No. Chodź!
-HEJJJ! Pomyślałaś?
-Yyymm. Ehe. Chodź już!
Chyba niedobrze dobrałam dla niego imię. Nie jest niedźwiedziem. Bardziej... świnkę morską? Na szczęście potknął się o jakiś konar, więc bez problemów przeciągnęłam go za nogę, aż do chodnika. Oczywiście dzikie krzyki i błagania nie ustawały. Wreszcie doszliśmy, więc otrzepałam się z liści, ziemi, Axla i innych zwierząt.
-No. To po co chciałeś tutaj przyjść?
-NIENAWIDZĘ CIĘ! TY WIEDŹMO! A, szukam mojego przyjaciela.
-Opisz mi go.-usiadłam na chodniku.
-Ma czarne włosy.
-Eheeeee...
-Nogi, ręce, chyba ciemne, albo jasne oczy, jest chyba chudy... albo gruby. Ma dwadzieścia ,albo dwadzieścia jeden palców. Gra na gitarze. Nazywa się Jeffrey Isbell, ale nie można tak na niego mówić. Tylko Izzy Stradlin. Ale to zapamiętaj, bo on się wkurza!
-JJEEEEEEEFFFREEEEEEEEY!!!!???? JEEFREEEY?!
-Nie jestem,kurwa, Jeffrey!
-Widzisz, znalazłam go!
Pobiegłam na drugą stronę ulicy i zaczęłam wypatrywać grubego, czarnowłosego gitarzysty z anoreksją. Wywnioskowałam to z opowieści Axla. Pod drzwiami mojego domu zobaczyłam chudego chłopaka z ciemnymi włosami i być może oczami...
-Hej.. J-Jeff?- skąd ja znam tego człowieka? Podniósł głowę, ukazując swą piękną twarzyczkę z cudownymi, ziemnymi oczętami. WIEM, KIM JEST! MIŁOŚCIĄ MOJEGO ŻYCIA? Nie. To chyba nie to... Ale nadawałby się na ojca stadka szczeniąt.. Przynajmniej byłyby ładne.
-Nie mów na mnie Jeff.
-Wyba...
-Izzzzyyyyyy! Iiiiiizzzzyyyy, kurwa! Nie uwierzysz, co ja przeżyłem!- Rudy odepchnął moją twarz dłonią i zaczął opowiadać historię życia. Biedaczek. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nikt go nie słucha... No, przynajmniej nie ja.
-Co tu robisz, Izzy?
-Szukam kogoś. 
-Noo,ale, kurwa, ten koleś z sianem w końcu po nas przyszedł, a my kretynowi wkręciliśmy, że jestem jego bratem! Kumasz to, stary!?
-Kogo? Może znam! Ja znam wszystkich, a że większość mnie nie lubi, to już ich strata... No więc?
-Deborah Isbell.
Ja. Pierdole. Zamarłam. Ja chyba już wiem, kim on jest... Ale to raczej mało prawdopodobne. Przecież nasza Debby nie jest jedyna o tym nazwisku w tym mieście! Jeffa widziałam, jedynie, jako małego chłopca na zdjęciach... Nie no, kurwa... Tak nie może być... A może jednak on... Moje rozmyślania przerwał Wiewiór wybuchem śmiechu:
-Hhaha! Ale, kurwa, słuchaj! Oni mnie, haha, wzięli za Irlandczyka! Hahaha!
Wracając... Jeffrey, Isbell, gitara, ciemne oczy.. włosy też. Szuka Debby... Pochodzi z ...?
-Skąd w ogóle jesteście?
-Lafayette.
I JEB! Olśnienie! To na pewno on!
-ŁO KURWA! 
Tymi oto słowami przerwałam opowieść i jednocześnie nieopanowany śmiech, a może rechot, Axl' a. I uznałam, że muszę się napić.
-Znam ją... Ch-chodźcie.      








*Ardal- Irlandzkie imię, Ardal- rozwścieczony niedźwiedź .__. Musiałam XD

Dobra, spięłam dupę i wreszcie napisałam. Były MAŁE problemy. Począwszy od kary na komputer (powiedzmy), poprzez matmę, skończywszy na rozwalonym Open Offisie. Rozdział napisany na gg. Przepraszam za błędy i zapraszam do komentowania, Mordki! (Jak ktoś nie wie (albo nie wiedział jeszcze), a chce (O.o) to umieściłam nowe opisy bohaterów, nowych bohaterów... No po prostu tam trochę zmieniłam XD) No i nie wiem, co się stało z fragmentami, że są napisane małą i czarną czcionką  .__. .

piątek, 22 marca 2013

Szósty

Siedzieliśmy w moim pokoju już kilkanaście minut. Słychać było tylko nasze oddechy i moje kroki. Chodziłam po pokoju i pakowałam wszystkie swoje rzeczy. Powoli zaczęła dobijać mnie ta cisza. To do nich niepodobne.



-Przestańcie robić z tego takiej tragedii. Nic się nie stało,tak? Wyprowadzam się,ale nie urywamy kontaktu...



Zero reakcji... Na chwilę tylko podnieśli głowy, później znowu spuścili i wpatrywali się w dywan.



-Może coś powiecie...?



-Fajne... buty...masz.-Powiedział Duff nadal patrząc na ziemię.



Nie miałam butów. Tylko skarpetki, ale nie chciałam nic mówić. Westchnęłam i dalej się pakowałam. Po jakichś trzech minutach do pokoju wparowała Sony i oznajmiła, że mam być za chwilę gotowa. Nie miałam jeszcze wszystkiego, ale jej to nie obchodziło. Kiedy mnie zawołałam wzięłam torbę i wyszłam na korytarz. Charlie i Duff pobiegli za mną. Blondi wziął bagaż... i podał go Charlotte? Wywróciłam oczami i zeszliśmy na dół.





~*~



Stałyśmy przed średniej wielkości domkiem jednorodzinnym. Myślałam, że idziemy na lotnisko,ale przeszłyśmy kilka ulic i zatrzymałyśmy się tutaj.



-No to.... Jak Ci się podoba?



-Ale...Co?



-Nasz nowy dom! Wiesz, nie mogłyśmy ciągle siedzieć na głowie Alice.



Patrzyłam na nią z niedowierzaniem.



-To... TUTAJ... Będziemy mieszkać?!



-No... Tak.. Myślałaś, że....



Nie dokończyła, bo mocno ją przytuliłam. Później postawiłam gdzieś torbę i wróciłam do starego miejsca zamieszkania. Po kilku minutach biegu byłam na miejsca. Zaczęłam się dobijać do drzwi. Usłyszałam przekręcanie klucza w zamku i sekundę później stałam przed Duffem. Rzuciłam się na niego. Złapał mnie,ale chwilę później leżeliśmy na ziemi. Śmiałam się jak opętana, a on nie wiedział co się dzieje.



-Debby... O co.. chodzi?- wydusił wreszcie z siebie.



-Gdzie jest Charlie?



-A jak myślisz? W kuchni.



Złapałam go za rękę i poszliśmy do kuchni.



-Nie wiem jakim cudem nie osiągnęła jeszcze wagi małej orki...- mruknęłam pod nosem. Zazdrościłam jej figury. No, nie żebym była jakaś gruba i za taką się uważała! Ja po prostu musiałam się trochę pilnować, a ona jadła ciągle i nic... Kiedy przekroczyłam próg, ona akurat zamykała lodówkę nogą i miała chyba zamiar iść do swojego pokoju, ale kiedy mnie zobaczyła, zmieniła kurs, idąc prosto na mnie.



-NIGDY WIĘCEJ MI TEGO NIE RÓB!... Może czegoś zapomniałaś... Ale ja Ciebie już NIGDZIE nie puszczę! Nigdy! Rozumiesz?



-Nie mam zamiaru nigdzie iść, no, chyba, że kilka ulic dalej.



Złapałam ich za ręce i czym prędzej opuściłam budynek. Wlokłam ich za sobą, a później oni ciągnęli mnie... W końcu dotarliśmy pod mój nowy dom i kazałam im,żeby mnie puścili.





-Ta-daaaaaaaaa!- krzyknęłam, ignorując jakiegoś dziadka przechodzącego obok nas.



-Debby... O co chodzi?- zapytał nieśmiało Duff. Odwróciłam się i zderzyłam z jego plecami. Patrzył w zupełnie inną stronę.



-Tutaj patrz pacanie!



-Całkiem fajny domek... Ale czemu tu stoimy?



Westchnęłam i znowu pociągnęłam ich za sobą.



-Tutaj będę mieszkać!



-Aaaa.... No to mogłaś mówić tak od razu,a nie! Bawisz się ze mną w jakieś zgadywanki... Wiesz przecież, że...



-Że to totalny debil...-dokończyła Charlie. Blondi udał, że tego nie słyszał i weszliśmy do domu. Na przedpokoju już stała moja matka i przyglądała nam się z rozbawieniem.





~*~







Leżeliśmy na mojej kanapie. Już jakieś dziesięć minut, od kiedy wyłączyłyśmy telewizor, Duff próbował nam udowodnić, że gruszki mają dużo wspólnego ze strażakami, a we wnętrzu ziemi żyje całe stado wściekłych kucyków gotowych w każdym momencie zniszczyć całą ludzkość. Charlie nie wytrzymała, kiedy zaczął opowiadać o apokalipsie, która już niedługo nastąpi, bo nie doceniamy inteligencji tych małych, spasionych gryzoni.



-A Ty? Co o tym myślisz?- zapytał.



-Co? Ale o czym?



-Nie słuchałaś mnie!



-Bo.. zamyśliłam się.



Zrobił minę obrażonego dziecka,ale chwilę i tak zaczął wszystko od nowa. Na szczęście, albo i nie, przerwała mu Charlie.



-HEEEJ! Zobaczcie co mam!!



Trzymała na rękach małego kotka i skakała co chwilę albo do mnie,albo do Duffa.



-Fuuuuu! Przecież to wygląda jak wieloryb skrzyżowany z jednorożcem!



-Nazwałam go Kebab!



-Czyli jest Twój?!



-No tak... A co? Zazdrościsz mi?



-Nie no...Podobno posiadanie kota wpływa kojąco na nerwy i poprawia samopoczucie....



-Nio cjoo ślićny Kebabkuu? Duff! Skocz po coś dla małego!- wydawało mi się,że nikt mnie nie słucha... Przyjrzałam się temu biednemu stworzeniu i już wiedziałam, że ma przejebane. Ale...



-Jakie on ma śliczne oczęta!- podbiegłam do kota.



-Pokaż!- Duff odepchnął mnie na bok i przyglądał się Kebabowi.- On. Jest. Straszny! Wcale nie jest słodki! Ani nie ma ładnych oczu! Ja mam ładne oczy! To jest ohydne!- pociągnął zwierzę za ogon, na co zareagowało prawidłowo- rzuciło się na nic niespodziewającego się blondyna i chyba próbowało wydrapać mu oczy.



-TO JEST DZIECKO IDIOTO! Zrobisz mu krzywdę! -Przywaliłam mu w głowę i zaczęłam głaskać kotka.



-Ale... To on powinien dostać! Ja nic nie zrobiłem...



-Zamknij się i przynieś mu coś wreszcie!






BUAHAHHA! Macie! No jak ja mogłabym zabrać stamtąd Debby? ;___; Wstawiłam, to, co miałam i jestem strasznie niezadowolona... Jak chyba wspominałam, jest tylko gorzej, ale co zrobić...

Taki rozdział o niczym (no chyba, że czymś jest wiadomość, że Deborah mieszka nadal w Seattle, ale kilka ulic dalej). Nawaliłam bezsensownych dialogów, które na dodatek są nieśmieszne i głupie... Coś mnie tknęło, żeby zmienić zdjęcia bohaterów (no i wreszcie dodać opisy) Także zapraszam --> Bohaterowie

Nie przynudzając, proszę jeszcze tylko o komentarze ;D No i jeszcze proszę o wpisywanie się do informowanych.

sobota, 16 lutego 2013

Informacja

Wprowadziłam trochę zmian. Wypunktuję je od razu, bo zapomnę :

1. Tam na dole szczeliłam ankietę. Musicie mi pomóc.
2. Rozdział się pisze i będzie niedługo, chyba.
3. Zmieniłam nick: Charlie Cherry (co nie wiąże się z Charlotte z opowiadania)
4. Avatar również zmieniłam xD.
5. Wypełniłam listę polecanych kilkoma blogami.
6. Wstawiłam trochę tekstu do 'o mnie' także, jeżeli Wam się na prawdę nudzi, to zapraszam. Ja sama nie wiem dokładnie co tam jest xD, ja tego nie pisałam (moje lenistwo...).
7. W zakładce 'bohaterowie' są zdjęcia propozycji wyglądu Debory. Numerki możecie wybierać w ankiecie.

No to chyba tyle. Blog zacznie myślę niedługo żyć...

A! Proszę o zostawianie komentarzy! Nie koniecznie na temat tekstu. Możecie po prostu napisać: Przeczytałam. Do dupy.
No....Teraz to już chyba wszystko co miałam do powiedzenia... Dobranoc!

Charlie Cherry.

niedziela, 3 lutego 2013

Piąty

To taki bardziej zapychacz, bo na nic dłuższego mnie nie stać ;__;. A zdjęcia Charlie nadal nie mam....
Miłego czytania!

_______________________________________________________________________________

*jakieś trzy lata później*

Deborah

Właśnie wróciłam z Duffem ze szkoły. Charlie kończyła godzinę wcześniej. Pewnie teraz siedzi przed telewizorem i obżera się lodami.

Przez te lata Michael i Charlotte zostali moimi przyjaciółmi. Najlepszymi i jedynymi. Mieliśmy 'swoją grupkę' ale niezbyt przepadałam za tymi pozostałymi dwiema osobami.
Z Charlie zazwyczaj się dogadujemy. Tylko ona ciągle kłóci się o błahostki z Duffem typu 'Wczoraj był tutaj jeden cukierek więcej' 'Mydło jest za mokre (oczywiście przez Duffa)' itp... Ale mimo jej wybuchowego i czasem nadpobudliwego charakteru potrafi słuchać i doradzać, choć częściej to ja rozwiązuję jej problemy. Uczyłam ją gotować, choć z marnym skutkiem. Ostatnio popłakała się, bo jej 'babeczki nie były perfekcyjne i gdyby wyciągnęła je z pieca kilka sekund później byłyby idealne!'. Wyrzuciła je więc za okno, albo wrzuciła do pokoju McKagana. Innym razem chciała się nauczyć robić kisiel. Kupiłyśmy więc około dziesięć opakowań i zabrałyśmy się za gotowanie go. Chyba nie muszę tu wspominać, że oczywiście nie wyszedł, a cała kuchnia była w proszku?...a cały pokój Duffa i on sam w kisielu (nie wiem czy dobrze odmieniam xD). W końcu pokazałam jej magiczny sposób wsypywania zawartości malinowego proszku do kubka, oczywiście mieszając jednocześnie. Ucieszyła się jak małe dziecko i od tamtej pory codziennie zamiast odrabiania lekcji ma 'Czas na kisieeel'. Wygląda to mniej więcej tak, że wykłada wszystkie książki i zeszyty na podłogę, kładzie się na niej, otwiera wszystko i kiedy zauważy tylko napis 'Praca domowa' zrywa się na równe nogi i wykrzykuje wcześniej wspomniane zdanie.
Czuję się jakbym znała ją całe życie. Nie przeszkadzają mi jej pomysły czy zachowanie. Przynajmniej nigdy się nie nudzę.
Z Duffem nie mam aż tak dobrego kontaktu, chociaż też się dogadujemy. Razem potrafimy nawet zamknąć Charlie w szafie, co jest niemałym wyczynem. On częściej przebywa z kolegami, ale chętnie również z nami. Może raczej ze mną, bo jak ciągle się upiera 'nienawidzi tego małego, wrednego chochlika'. A ja i tak wiem, że ją kocha.
Alice wcale nie przeszkadza obecność mnie i mojej mamy w domu. Cieszy się, że jesteśmy. Ja zazwyczaj gotuję obiad, czy inne posiłki, a Sony i tak bardzo często nie ma w domu. Najwięcej czasu spędza w pracy. Czuję, że stała się pracoholiczką. Zresztą, nie trudno zauważyć. Wychodzi z domu wcześnie rano, a wraca późnym wieczorem. Kiedy ma wolny dzień nie umie usiedzieć w miejscu i gdzieś jedzie, albo 'przynosi pracę do domu'. Trochę mnie to denerwuje i brakuje mi jej, ale nie siedzi mi na głowie i wiem, że kiedy bym jej to wypomniała i tak powiedziałaby, że robi to dla mnie.
Mój kontakt z Jeff'em zupełnie się urwał. Nie dostałam już żadnego listu. Sony jeździ do niego często, ale nie przekazuje mi żadnych informacji na Jego temat. Chociaż wiem, że kiedy bym tylko zapytała ona z chęcią opowiedziała mi co u niego słychać. Wiem tylko tyle, że ojciec nadal Go kontroluje, ale radzi sobie dobrze i nie jest sam. Ma kilku kolegów, z czego dwóch znam. William i Richard. Z tym pierwszym wspomnianym miałam dobry kontakt i się dogadywałam, chociaż czasem zachowywałam się jak Charlie w stosunku do Duffa (ciągłe kłótnie, nie wiadomo o co)


Weszłam do kuchni i rzuciłam plecak w kąt, odgrzałam sos spaghetti i nałożyłam na trzy talerze. Poszłam do salonu. Tak jak przypuszczałam. Charlotte leżała w fotelu, oglądała telewizję i jadła. Wokół niej było mnóstwo papierków po moich krówkach. Nie usłyszała mnie. Przełączała kanały i nie zwróciła nawet uwagi, że nie jest już sama w pokoju. Gdyby miała jeszcze chociażby świadomość, że oprócz niej w domu znajduje się jeszcze dwójka ludzi. Podstawiłam jej talerz pod nos i usiadłam w fotelu obok. Zaskoczyłam ją. Uśmiechnęła się do mnie i mruknęła ciche cześć.

-Czy ty nie możesz zjeść zwykłego obiadu, tylko od wejścia objadasz się MOIMI słodyczami?- program troskliwa matka- włączony. Czasem się tak czułam, ale jej chyba to nie przeszkadzało.

-No...Nie...Bo kto inny robi takie obiady jak ty?! Trzeba korzystać... Odkupię Ci jeżeli chcesz.- podniosła się i usiadła po turecku. Westchnęłam i zaczęłam oglądać jakiś beznadziejny program, który akurat puszczali. Komedia romantyczna i Charlie...coś tu nie pasuje.
-Charlie...Co ty oglądasz?

-A nie wiem. Jakieś pierdoły tylko lecą. Łap!- rzuciła mi pilot. Zaczęłam skakać po kanałach i rzeczywiście niczego lepszego nie było. Ostatecznie zostawiłam jakiś durny serial. Wszedł Duff i rozłożył się na kanapie.

-Cześć Charlie!

-A jemu co odwaliło?-szepnęłam mojej towarzyszce.

-Nie wiem... Podlizuje się. Pewnie coś chce. Cześć.-odpowiedziała ostatnie słowo głośniej zwracając się do Duffa. Zjadłam swój posiłek i odniosłam talerz do zlewu. Wtedy ktoś wszedł do mieszkania. Zdziwiłam się. O tej porze? Chyba coś się musiało stać.

-Heej mamo.

-Cześć Debby- promiennie się uśmiechała.- Jak tam w szkole?

-Nic nadzwyczajnego... Coś się stało?

-Niee, czemu pytasz?

-Bo...Jesteś tak wcześnie w domu...

-A tak. Mam dobrą wiadomość!- powiedziała głośno i entuzjastycznie. W jednym momencie obok mnie pojawiła się reszta domowników (oprócz Alice, która była w pracy). -Wyprowadzamy się!

Nie. Ona chyba żartuje...




poniedziałek, 28 stycznia 2013

Czwarty

 Ciągle szukam jakiegoś zdjęcia, które pasowałoby do Charlie, ale nie mogę znaleźć. Mówię o tym, bo już zrobiłam zakładkę bohaterowie... A Charlie nadal nie mam. Więc. Dopóki jej nie znajdę, raczej nie dodam.
A! I jeszcze jedno. Nie wiem czy rozwijać wątek z tymi nastolatkami, jakoś tak, pomysłu nie mam. Nie przedłużając 
Miłego czytania.
__________________________________________________________________________________

Deborah leżała na łóżku i patrzyła się w sufit. Było późno w nocy, a ona nie mogła zasnąć.

-Charlie..? Śpisz?

-Nieee. Jakoś tak... nie mogę...

-No ja też...

-Chodź tu, siadaj.

Dziewczyna posłusznie wstała opatulona w kołdrę i usiadła obok Charlie robiącej jej miejsce.

-Tooo... Skąd właściwie jesteś?

-Z Lafayette. A ty?

-Z Tacomy.

-A czemu właściwie mieszkasz z Duffem?- walnęła prosto z mostu Debora, nie zastanawiając się.

-Bo... Jak miałam 5 lat moi rodzice zginęli. Nie miałam żadnej rodziny, oprócz Alice. Była siostrą mojej mamy i mnie do siebie wzięła....


-Przepraszam... Nie wiedziałam.-Deborah przerwała ciszę.

-Nie ma sprawy. A ty?


Rozmawiały tak długo i poznawały się coraz bardziej. Okazało się, że mają wspólne tematy i słuchają niemalże tych samych zespołów. Kiedy już zasypiały i oczy same im się zamykały, Charlotte lekko poderwała opadającą głowę.

-Teraz, skoro wiesz o mnie tak dużo, będziemy musiały zostać przyjaciółkami...albo będę zmuszona Cię zabić...- oznajmiła z poważną miną.

-Ehmm...- wymamrotała Debby i spadła nagle. Nie przejmując się tym zbytnio przeczołgała się na swoje łóżko, wygodnie ułożyła i zasnęła.


Rudą obudziły niezidentyfikowane odgłosy dochodzące zza jej pleców. Odwróciła się i przed oczami miała twarz Charlie wpatrującą się w nią.

-Co ty odpierdalasz?!

-Ty wiesz co? Zeskrobywanie tapety jest nawet fajne...

Deborah gwałtownie odwróciła się na drugą stronę i z hukiem spadła z łóżka.

-No i widzisz? Tak się kończy nie słuchanie...

-Jakie niesłuchanie?

-No... tego...- zeskrobała jeszcze więcej tapety.

-Chyba nie rozumiem...

-Mogłaś słuchać tego, a nie rzucać się jak...jak...jak jakaś fretka! Miałam kiedyś fretkę. Scotty ją nazwałam. Ale zginęła. Duff mówił, że jakiś sąsiad przejechał po niej kosiarką...

-A skąd niby ta fretka miałaby się znaleźć na dworze?

Charlie zrobiła wielkie oczy, wykrzyknęła: RACJA! KŁAMCA PIEPRZONY! ,zerwała się z łóżka i przewracając się o Debby pobiegła do drzwi. Deborah wstała powoli i również wyszła z pokoju. Kiedy chciała wejść do Duffa, Charlie zakryła jej usta dłonią.

-Co ty robisz?- szepnęła dziewczyna.

-Ja...chciałam zobaczyć, czy Duff jeszcze żyje...

-Niee. Nie zabiję go TERAZ...

I zniknęła za drzwiami swojego pokoju.

Deborah:

Minęły jakieś trzy dni. Sony zapisała mnie do szkoły i niestety muszę dzisiaj do niej iść. Czuję się tutaj bardzo dobrze, niemal jak w domu. Tylko brakuje mi brata. Nie wiedziałam się z nim od kiedy tu jestem. W ogóle nie miałam z nim żadnego kontaktu. Moja matka raz tam pojechała, ale nie zabrała mnie ze sobą.
Była 6:43. Wstałam po cichu, zabrałam jakieś ubrania i wyszłam do łazienki. Po jakichś piętnastu minutach wróciłam, rozczesałam włosy i obudziłam Charlie. Pociągnęłam ją za kołdrę, wylądowała na ziemi, a ja uciekłam szybko z pokoju. Przy stole siedzieli już wszyscy (oczywiście oprócz Charlotte układającej się teraz zapewne na ziemi). Usiadłam na moim krześle, zjadłam kanapki i wypiłam herbatę.

-Obudziłaś Charlie?- zapytała Alice pijąc kawę.

-Tak, jeżeli nie zasnęła to powinna za chwilę zejść.

Jak na zawołanie u szczytu schodów pojawiła się wyżej wspomniana. Kilka potknięć, uderzeń o podłogę i siedziała obok mnie. Ja akurat kończyłam jedzenie, więc wstałam, zabrałam naczynia do zlewu i czekałam na Duffa. Jakiś czas później już szliśmy przez korytarze szkoły. Kiedy podeszliśmy pod odpowiednią klasę, zadzwonił dzwonek. Wszyscy się zebrali, a chwilę później pojawiła się też nauczycielka i otworzyła salę. Cała chmara wpadła do klasy. Byli w śród nich przeciętniacy, kujony i kilka plastików My weszliśmy ostatni. Duff skierował się do ostatniej ławki, ja chciałam zrobić to samo, ale nauczycielka złapała mnie za ramię.

-Uwaga klasa!- klasnęła w dłonie- To jest wasza nowa koleżanka Deborah Isbell. Mam nadzieję, że miło ją przywitacie. Ja jestem Emily Smitch. Uczę chemii i jestem waszą wychowawczynią. Mam nadzieję, że jesteś już zaopatrzona we wszystkie podręczniki- z trzema ostatnimi zdaniami zwróciła się do mnie z uśmiechem. Na jej zębach zauważyłam różową szminkę... Pomachałam głową i chciałam iść do ławki, ale znowu mnie zatrzymała- Może opowiesz nam coś o sobie?- mówiła znacznie głośniej, aby wszyscy usłyszeli.- Skąd jesteś, jak się tu znalazłaś, jakie są twoje zainteresowania...- zaczęła wymieniać, ale ja nie słuchałam, tylko w połowie jej wypowiedzi powiedziałam stanowcze, ale dość ciche 'nie' i nareszcie poszłam do ławki. Nie miałam wyboru, musiałam usiąść z Michaelem. Zajęłam miejsce obok niego, wyjęłam jakiś zeszyt i zapisywałam notatkę.
Przez wszystkie lekcje trącał mnie łokciem, myślałam ,że tego nie wytrzymam. Czekają mnie jeszcze trzy lekcje. Teraz siedziałam na angielskim i rysowałam coś po zeszycie. Pod koniec usłyszałam ciche 'kurwa' wydobywające się z ust Duffa. Skończył mu się wkład w długopisie, a on jak dzika małpa próbował wykrzesać z niego resztki niebieskiego tuszu. Prychnęłam i to był największy błąd, jaki mogłam popełnić. Nagle przestał mazać po kartce i wyprostował się. Zmierzył mnie wzrokiem psychopaty i zadzwonił dzwonek. Rzucił się na mnie i zabrał mój długopis. Ja nie zawracając sobie tym głowy, wstałam. ruszyłam do drzwi, później wyszłam na plac przed szkołą, a on biegł za mną.

-Co ty robisz?

-Idę..?

-Czemu?

-Skoro nie mam długopisu, to po co mam siedzieć w szkole?

-Podoba mi się Twój pomysł. Nie wiem co dokładnie kombinujesz,ale idę z Tobą...

-Wiem.

-Taaak w ogóle tooo...Gdzieee my idzieeemyy?- zapytał Duff po 10 minutach włóczenia się po mieście.

-Nie wiem.

Wyprostował się i zaczął śmiać, po jakimś czasie i mi udzielił się humor i w takich nastrojach ledwo doszliśmy do domu. Nikogo nie było. Od razu skierowałam się do kuchni, byłam strasznie głodna. Nałożyłam sobie zimny już obiad zrobiony zapewne przez Alice i szybko zjadłam. Na stole zauważyłam kopertę, było na niej moje imię. Poszłam z nią do pokoju, usiadłam na łóżku i otworzyłam. Od razu rozpoznałam pismo.

Kochana Debby
Głupio pisać mi do Ciebie w liście, wolałbym z Tobą porozmawiać. Oddałbym za to wszystko.
Zastanawiasz się na pewno dlaczego mama nie zabrała Ciebie ze sobą. Ojcu coś odwaliło. Kiedy przyjechała, on stał przy nas i wsłuchiwał się w naszą rozmowę wcinając się w co drugie zdanie. Do tego nie spuszcza mnie z oka. Pilnuje mnie na każdym kroku i nie pozwala na jakikolwiek kontakt z Tobą. Kiedy dzwoniłaś i on odebrał nieźle się wkurzył. Oberwało mi się. Ale nie o to tutaj chodzi. Tylko o to co mi powiedział. Lepiej żebyś nie dzwoniła, uwierz. Boję się o Ciebie. Nie wiem do czego jest zdolny, ale to co mówił było przekonujące. Jak już wiesz starał się o prawo opieki nade mną. Niestety, wygrał z mamą. Nie wiem co za debil mu na to pozwolił. Jak można rozdzielić rodzeństwo i dać dziecko pod opiekę facetowi, który miał problemy z alkoholem i narkotykami... Nie mam pojęcia czemu on właściwie chciał tego rozwodu. Chyba sobie coś ubzdurał. Niby kłócili się często, ale nie przypuszczałem, że to zajdzie aż tak daleko.
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, tam gdzie jesteś i z kim jesteś.
Najgorsze zostawiam na koniec...
Trudno mi o tym myśleć, pisać... Najlepiej by było, gdybyś nie próbowała się ze mną skontaktować. Nie dzwoń. Nie przyjeżdżaj. Zapomnij o mnie. Tak będzie dla Ciebie najlepiej. Przepraszam.

Jeffrey


Czytałam ten list chyba już dziesiąty raz i wciąż nie docierała do mnie jego treść. Jak mam o nim zapomnieć? I co miał na myśli, pisząc, że nie wie do czego zdolny jest ojciec... Pewnie. Bądź szczęśliwa, zapomnij o bracie i nie przejmuj się, co się z nim dzieje.... Czy on w ogóle myśli? Nie wiem ile czasu minęło, ale Charlie wróciła na pewno ze szkoły. To było pewne, bo trzy minuty temu usłyszałam rozbijane szkło i kłótnie. Do pokoju, tak jak w dzień kiedy przyjechałam, wpadli nagle Duff z Charlotte na plecach. Wyrywała mu włosy, gryzła... A on rzucał się na wszystkie strony i próbował się uwolnić.

-Pomóż mi!

-A co zrobiłeś, że Ci to robi?

-Nic nie zrobiłem!

-Oszukałeś mnie! Masz natychmiast powiedzieć, co zrobiłeś ze Scotty' m!

-Już Ci mówiłem! Tyle razy! Ten debil z sąsiedztwa przejechał go kosiarką!

-Ale przecież Scott sam by nie wyfrunął z klatki!

-No bo go wypuściłem na spacer! Ty tempa idiotko!

-Ty jesteś idiotą! Kto normalny bierze FRETKĘ na dwór! Bez smyczy!

-A skąd wiesz, że nie na smyczy?!

-Ta... Ciekawe jak! My nie mamy I NIGDY nie mieliśmy smyczy dla fretek!

Zlitowałam się nad Duffym i ściągnęłam z niego Charlie. Ale zaraz się przewróciłam i razem leżałyśmy na podłodze. Strasznie się rwała, a Michael wyparował nagle z pokoju.

-Puść mnie! On zabił moją fretkę!

-Przestań, nie zabił!

-Zabił!

-Nie!

-Zabił!

...Po kilku minutach takiej kłótni wrócił Duff. Z taśmą klejącą i chustką. Przejął ode mnie Charlie. Chustkę włożył jej do buzi i zakleił taśmą. Ręce zawiązał szerokim sznurkiem. Nareszcie zapanowała cisza przerywana tylko gardłowym 'mmmmyyłmm'. Przez jakiś czas próbowała się uwolnić, ale w końcu się uspokoiła. Chciałam ją odwiązać, ale wiedziałam, że nie są mi żyć pytaniami, a raczej pretensjami typu 'jak mogłam na to pozwolić!?'. Postawiłam więc ją zostawić i poszłam z Duffem coś zjeść.


czwartek, 24 stycznia 2013

Trzeci

Nie wiem co się stało, ale nie mogę zalogować się na bloga. Podobno 'nie ma takiego adresu e-mail' Trudno. Próbowałam wszystkich adresów i haseł, ale na marne. Jak zauważyliście musiałam przenieść bloga na ten. Nie mam innego wyjścia, chyba, że czary istnieją.

Co do opowiadania. W nim Duff nie będzie miał chmary rodzeństwa. Tylko Wiewiórkę i...zaraz zobaczycie.



Michael siedział w kuchni i zastanawiał się czemu akurat jemu musiało się przytrafić, że ma same kobiety w domu. Teraz jego nie szczęście przyniosło mu dwie kolejne osobniki tejże płci. Chodził po mieszkaniu bez sensu, a kiedy przechodził obok drzwi one otworzyły się gwałtownie i uderzyły w jego nos. Upadł na ziemię i nie zauważył kto wszedł. Chociaż mógł się domyślić. Tylko jedna osoba mogła przyjść. Na pewno była wściekła. Mówiła pod nosem nieskładne zdania i powtarzała przezwiska.

-A ty czego leżysz na ziemi! Już od wejścia ludzi straszysz?!- krzyknęła mu prosto w twarz i szybkim krokiem powędrowała do kuchni. Michael podniósł się powoli i poszedł do dziewczyny. Kiedy już uniknął wszystkich rzuconych w jego stronę rzeczy mógł wreszcie powiedzieć jej złą, jak dla niego, nowinę. Poprosił ją, aby usiadła, więc pacnęła tyłkiem o podłogę i z głową opartą o ręce wpatrywała się w niego wściekła. Powiedział jej wszystko, a ona ucieszyła się jak dziecko i pobiegła na górę, do swojego pokoju.

-Nie! -krzyknął- Ona śpi!

Pobiegł za nią i dorwał przed drzwiami. Rzucił się na jej małe ciałko i z wielkim hukiem wpadli do pokoju. Debora poderwała się i przerażona patrzyła, co się dzieje.

-Ty pacanie! Widzisz, co zrobiłeś?! Przestraszyłeś ją!

-Nie moja wina, że jesteś durna i nie myślisz!

-Ja nie myślę?! Phi! Ty się na mnie rzuciłeś!

-Rzuciłem się, bo nie chciałaś się zatrzymać!

-Trzeba było powiedzieć!

-Mówiłem!

Po pięciu minutach kłótni Debby postanowiła się odezwać i przerwać to wszystko.

-Emm... Ja... Nie chcę się wtrącać....ale... możecie przestać?

-Widzisz, co zrobiłeś? Teraz już na pewno ciebie nie lubi! Ha!- dziewczyna wstała z podłogi, otrzepała się i podeszła do Debory. Wyciągnęła ku niej rękę i przedstawiła się.

-Charlotte jestem,ale mów mi Charlie. Kuzynka tego pacana.

-Deborah.

-A ja Michael! I mów mi Duff.- krzyknął wstając niezdarnie z podłogi. Również uścisnęli sobie dłonie, a Charlie mierzyła kuzyna i dziewczynę przenikliwym wzrokiem. Debby zauważyła to i zapytała:

-Mieszkasz tu?

-Niestety mieszka. I musisz z nią dzielić pokój, powodzenia!- powiedział Michael i poszedł do drzwi. Kiedy był w progu dostał piłeczką od tenisa w głowę, ale nie przejął się tym i czym prędzej zamknął pomieszczenie i udał się do 'swojego pokoju'. Dziewczyny zostały same. Chwilę później jednak Duff wrócił z miną geniusza i spojrzał na Charlie i Deborę.

-To jest mój pokój...

Charlotte wstała i wyszły razem z pokoju.

-To łóżko jest twoje. I ta.... część szafy.- otworzyła ją i jedną ręką wyrzuciła wszystkie ubrania na ziemię, aby zostawić dziewczynie dosłownie połowę.

-Dzięki...

-Spoko. Pokażę Ci jeszcze łazienkę. Chodź.- pociągnęła za sobą Debby i po kolei otwierała kolejne drzwi- tutaj pokój Michaela, tutaj. Przepraszam, już nie przeszkadzam. Chyba pokój twojej mamy. Tutaj...ściana... ee... A tu masz łazienkę,o! Zrobię ci miejsce i zostawisz swoje rzeczy. Teraz chodźmy daleej... Tutaj korytarzyk, a tam pokój Alice.

-To twoja ciotka, tak?

-Ehm...A tutaj druga łazienka. Jadalnio-kuchnia...No i salon....

-To czemu mówisz jej po prostu Alice? - zatrzymały się. Charlotte zesztywniała.

-Bo...tak poprosiła... Dobra koniec wycieczki, wracamy?- Debby pokiwała głową i wróciły na górę.




Drugi

Po wielu długich godzinach drogi z kilkoma przystankami wreszcie dotarły na miejsce. Skulona Debora siedziała na przednim siedzeniu z zaschniętymi już na policzkach łzami i niepokojem wypisanym na twarzy. Jej ojciec doskonale wiedział co będzie dla niej czymś najgorszym. Co przysporzy jej najwięcej bólu. Wiedział, że bez brata będzie nieszczęśliwa. Będzie nikim. Na pewno miał nadzieję, że nie poradzi sobie. Wiedział też,że kiedy tak się stanie ich matka również będzie przygnębiona. Widząc ból i tęsknotę ukochanej córki.

Sony delikatnie odkleiła kosmyk włosów zakrywający zamknięte powieki Debory,a ona niespokojnie poruszyła się na fotelu, a chwilę później otworzyła oczy.

-Już jesteśmy.- wyciągnęła kluczyk ze stacyjki wyłączając silnik i wyszła z samochodu. Jej córka zrobiła to samo i chwilę później razem stały pod drzwiami domku z torbami i gitarą należącą wcześniej do Jeffa. Sony zadzwoniła do drzwi, a chwilę później stała w nich kobieta w jej wieku.

-Sony? Co ty tutaj robisz?! Jak ja Ciebie dawno nie widziałam!- uścisnęły się.

-Ja... Pokłóciłam się z Deanem. On chce rozwodu...

-Wejdź, pogadamy.- uśmiechnęła się ciepło kobieta.

Sony spojrzała na córkę, wzięła ją za rękę i poszły za Alice. Usiadły w salonie i czekały na kobietę. Chwilę później weszła z dwiema filiżankami herbaty. Kiedy chciała się zapytać o co chodzi , zorientowała się, że nie mogą rozmawiać o tym przy Debby. Podeszła do niej i ukucnęła obok.

-Cześć Debby. Pewnie mnie nie pamiętasz... Jak byłaś mała bardzo często odwiedzałam twoją mamę i opiekowałam się tobą.

-Pamiętam.

-A pamiętasz Michaela? Mojego syna? On wróci niedługo. Chodź, zaprowadzę cię do jego pokoju.

Złapała ją za rękę i po schodach zaprowadziła do małego pomieszczenia należącego do chłopaka.

-Powinien być za- spojrzała na zegarek- dosłownie dziesięć minut. Poczekasz?- Debby pokiwała głową.- No dobrze. Rozgość się. Ja porozmawiam z twoją mamą.


Debora została sama w pokoju. Usiadła na łóżku i przyglądała się wszystkiemu dookoła. Zauważyła gitarę. Wzięła ją i zaczęła grać piosenkę, którą ostatnio nauczył ją Jeff. 15 minut później usłyszała, że ktoś wchodzi do domu.

-Już jestem!- krzyknął chłopak, ściągnął buty i chciał szybko prześlizgnąć się do swojego pokoju.

-Michael, zaczekaj. Musimy porozmawiać.- kobieta zaprowadziła go do salonu. Zobaczył tam kobietę w wieku matki siedzącą na kanapie. Nie poznawał jej.

-Dzień dobry.- przywitał się i posłusznie usiadł na miejscu, które wskazała mu Alice.

-Cześć Michel.- uśmiechnęła się sztucznie kobieta.

Sony i Alice wytłumaczyły wszystko Michaelowi, a jemu nic nie przeszkadzało, nawet to, że przez jakiś czas tu zamieszkają, dopóki nie dowiedział się, że kobieta ma córkę. Nie podobało mu się to, ale nie miał nic do powiedzenia. Poszedł do siebie, do pokoju. Dziewczyna spała na jego łóżku, a obok niej leżała gitara. Zabrał instrument i położył go w odpowiednie miejsce, a sam zszedł z powrotem na dół. Zjadł obiad podany przez matkę i zgodnie z prośbą zaniósł rzeczy Debby do pokoju naprzeciwko jego.

Pierwszy

Jego świat legł w gruzach. Siostra? Jego. Mała. Siostra? To było dla niego straszne. Czy to oznacza,że jego rodzice nie będą się nim zajmować? W jednej chwili znienawidził tą małą istotkę słodko uśmiechającą się w jego stronę.
-Ale ja nie chcę siostry!

-Kochanie, ona Cię będzie kochała. Już Cię kocha. Będziecie się razem bawić, nauczysz jej wszystkiego...

-Ale ja jej nie kocham! I nie będę się z nią bawić!

Obrażony i wściekły pobiegł na górę do swojego pokoju. Usiadł na łóżku opierając się o ścianę i myślał. Jak to jest mieć siostrę? Młodszą? Czy to coś fajnego? A może wręcz odwrotnie?... Z dołu słychać było podekscytowane głosy jego matki i Sharon. 'Och, jaka ona cudowna!... Jakie ma piękne, zielone oczy! A te rude włoski!' Chłopiec nie wiedział jak dalej będzie wyglądało jego życie. Czy się zmieni? Jeżeli tak, to jak bardzo? Czy ten mały potworek wszystko zniszczy? Myślał tak bardzo długo, aż w końcu zasnął.




Już po jakimś czasie przekonał się, że był w wielkim błędzie. Pierwszym słowem, które wypowiedziała było jego imieniem, pierwszy krok zrobiła w jego stronę. Chodziła za nim wszędzie. Wszystko robili razem, byli nierozłączni. Mówili sobie wszystko i pomagali sobie nawzajem. Nie byli dla siebie tylko rodzeństwem, byli również najlepszymi przyjaciółmi....




Piętnastoletni chłopiec biegał po ogrodzie uciekając przed swoją trzynastoletnią siostrą. Wybiegł na chodniczek i nagle usłyszał odgłos uderzenia o posadzkę. Odwrócił się. Deborah przewróciła się. Podbiegł do niej i w duchu modlił się,aby tylko się nie rozpłakała. Nienawidził tego. Ukucnął obok,ale dziewczynka zakrywała wszystko swoimi gęstymi, rudymi włosami.

-Pokaż.

-To nic poważnego. Zdarłam tylko skórę.

-Pokaż!-Nakazał groźniejszym tonem Jeffrey.

Dziewczyna westchnęła i przerzuciła włosy na drugą stronę. Jego oczom ukazało się zdarte kolano, z którego powoli sączyła się czerwona ciecz.

-Chodź.- złapał ją za rękę- Musimy to przemyć, bo się jeszcze zakażenie wda.

-Pewnie, pewnie.

-Nie dyskutuj ze mną mała.- łobuzerski uśmiech pojawił się na jego twarzy. Zaprowadził siostrę do łazienki, wodą utlenioną przemył ranę i przykleił na nią plaster.

-No. Do wesela się zagoi! -zakpił śmiejąc się chłopak. -No to się już nie pobawimy...

-Nauczysz mnie grać czegoś na gitarze?

-Dobra, chodź.

Weszli do pokoju, który był ich wspólnym i chwycili gitary. Deborah była dobrą uczennicą. Załapała podstawy już dawno temu. Często grali razem i sprawiało im to niemałą przyjemność. Upłynęło kilka godzin i robiło się powoli ciemno. Ich rodzice już niedługo powinni wrócić do domu. Nagle usłyszeli, jak ktoś otwiera drzwi tak mocno, że wiszące za nimi lustro rozpada się na miliardy małych kawałeczków.

-Ty tępa suko! Powinienem to zrobić dawno temu! Ta gówniara nie jest moja, prawda!? Dlatego ma rude kudły! W jakich jeszcze sprawach mnie oszukałaś?

-Nawet nie próbuj mi wcisnąć takich rzeczy! Deborah to twoja córka! Nie wiem co Ci przyszło do głowy!

-Puściłaś się! Taka jest prawda!

-Nie! Kochałam Cię! I nigdy się nie puściłam! Moja siostra też ma rude włosy, tak samo jak babcie! To TY mnie zdradziłeś! Ile razy były akcje typu 'skok w bok'?! Co?

-Wynoś się stąd! Nie chcę widzieć ani Ciebie, ani tej drugiej suki!

-Mówisz o swojej córce!

-To nie jest moja córka! Tylko pewnie jakiegoś pierwszego, lepszego ćpuna!

-Masz rację! Bo ty jesteś ćpunem! I alkoholikiem! Zniszczyłeś mi całe życie!

-JA ci zniszczyłem życie?! Sama na to zapracowałaś! I nie jestem ćpunem! W przeciwieństwie do CIEBIE, ja jestem zadowolony ze swojego życia! Coś w nim polepszyłem! Owszem, miałem gorsze lata! Ale wyszedłem z nałogu! Dla tego małego jebanego rudzielca! I tylko tyle jej zawdzięczam! Nic więcej! Że też ci się bachora zachciało! Kolejny kłopot!

Rodzeństwo siedzące na piętrze słuchali wszystkiego z niepokojem. Nagle trzask. Spojrzeli sobie w oczy. Jeff był opanowany, a Debby przerażona.

-Wazon poszedł. Założymy się, kto rzucił? Stawiam na mamę. -próbował rozładować sytuację Jeffrey. Ale jego siostrze nie było do śmiechu. Przecież słyszała, jak jej własny ojciec przezywa jej od suk i zarzuca, że nie jest wcale jego córką. W jej oczach pojawiły się łzy, płynęły po policzkach. Bała się o matkę, o Jeffrey'a i o samą siebie. Usłyszała,że ktoś wbiega po schodach. Drzwi otworzyły się, a w nich stała jej matka. Odetchnęła z ulgą. 'Dobrze, że to ona nie dostała tym wazonem...' myślała dziewczyna. Kochała ojca, ale on zawsze wywyższał syna. Zawsze to Jeff był najcudowniejszy, najlepszy i niczemu winny. Bolało ją to. Jeffrey o tym wiedział i nie chciał tego. Sprawiał same kłopoty, żeby ojciec zwrócił uwagę na Debby.

-Dzieci, pakujcie się. Wyjeżdżamy stąd.

Kobieta rzuciła się na szafę i wyjęła z niej dwie torby, w pośpiechu wkładała tam rzeczy córki, na początek. Kiedy chciała zabrać się za pakowanie syna w drzwiach stanął jej mąż z rozciętą wargą i zaczerwienioną twarzą.

-O nie! Syna mi nie zabierzesz!

Zaczęła się szamotanina. Jeff zabrał szybko torbę siostry, gitarę, złapał ją za rękę i zbiegł na dół, do samochodu. Wpakował wszystko do bagażnika i popatrzył na siostrę. Ona obserwowała go ze zdziwieniem i przerażeniem. Podszedł do niej i złapał ją za ręce. Ścisnął je mocno i spojrzał w jej oczy. Uśmiechnął się na chwilę.

-Debbs... Trudno mi to wszystko sobie jakoś ułożyć,ale.... Musisz wyjechać z mamą.

-CO?! Nie! Nie zostawię Cię tutaj samego!

-Wiem, wiem, że Tobie też jest i będzie trudno,ale tak musi być. Mama zabierze Cię w bezpieczne miejsce i razem będziecie lepiej żyć. Kupicie sobie domek i będziecie szczęśliwe.

-Jeff, braciszku... Jak możesz tak mówić!? Kocham Cię! Przecież bez Ciebie nie będzie nawet na chwilę fajnie.

-Zobaczysz,że będzie! Jeszcze jak!

-Ale... Kto będzie mnie uczył grać na gitarze? Z kim będę rozmawiała całą noc, kiedy nie będę mogła zasnąć?! NIKT mnie tak nie zrozumie, jak TY!- z każdym słowem wylewała potoki łez. Nie mogła wyobrazić życia bez jej kochanego brata. -Pojedź z nami!


-Chciałbym. Naprawdę. Teraz jest to dla mnie największe marzenie, ale... Nie mogę! Nie widzisz co ojciec teraz robił z mamą?! Zabiłby ją! Zostanę z nim,ale obiecuję Ci. Obiecuję, że nasz kontakt się nie urwie. Przyjadę do Ciebie. Gdziekolwiek będziesz. Będę dzwonił, wspierał Cię, odwiedzał.- w tym momencie z domu wybiegła ich mama. Podbiegła szybko do dzieci i popatrzyła na nich.

-Ale na pewno? Nie zostawisz mnie?

-Nie, obiecuję. Będę zawsze, kiedy tylko będziesz mnie potrzebowała.

Przytulili się do siebie jak najmocniej i nie chcieli się rozstać. Teraz płakali już oboje. Jeff zacisnął oczy, aby po chwili je otworzyć i oderwać się od siostry.

-Wsiadaj już.

Powolnym krokiem zrobiła to, co było nieuniknione i wsiadła do samochodu ciągle obserwując brata. Podeszła do niego matka. Wymienili krótkie zdania i również wtulili się w siebie.
 
 -Jeffrey. Zrobię WSZYSTKO, żebyś zamieszkał z nami. Kocham Cię. Uważaj na siebie!

-Kocham Cię, mamo.

Kobieta wsiadła do samochodu i już chciała odjeżdżać, ale powstrzymał ją jeszcze krzyk syna.

-MAMO! Nie powiedziałaś mi nawet gdzie jedziecie. -Podszedł do samochodu i mówiąc to ciągle patrzył na swoją zalaną łzami siostrę. Nie mógł znieść widoku jej płaczącej. Cierpiącej.

-Do Seattle, synku. Mam tam przyjaciółkę, jest dla mnie jak siostra.- ścisnęła jego rękę i uśmiechnęła się przez łzy.
Z domu wybiegł jej mąż.

-Jedź już.- pogonił Jeffrey matkę, a ta zrobiła to, co radził i ruszyła z piskiem opon przed siebie. Kiedy wyjechała na autostradę, która była oddzielona o kilka minut spojrzała na swoją córkę. Nadal płakała. Złapała ją za dłoń. Spojrzała w zielone oczy córki i pocieszająco się uśmiechnęła.

-Jakoś nam się ułoży.



Prolog

Prawie trzyletni chłopiec leżał skulony na łóżku tuląc do siebie z całej siły misia. Usłyszał, że ktoś podjechał pod dom. Przetarł oczy swoimi małymi rączkami. Było wcześnie rano. Bał się. Nie wiedział co się stało jego mamie.

Kilka godzin temu upadła na ziemię i krzyczała coś o jego tacie. Mały się przestraszył. Pobiegł jak najszybciej schodami na górę, wskoczył na łóżko ojca i obudził go. Ten słysząc głosy żony zerwał się i wybiegł na dół. Chłopiec pobiegł za nim. Widział,że jego tata podnosi mamę, bierze ją na ręce i kieruje się na dwór. 'Mamusiu!' krzyknął tylko chłopczyk i dalej człapał za rodzicami. Ojciec położył kobietę w samochodzie i już miał jechać, kiedy przypomniał sobie o swoim synku. Wysiadł zdenerwowany z pojazdu i zwrócił się do niego 'Wracaj do domu. Zadzwonię do mojej siostry i się tobą zajmie. Zamknij drzwi i nikomu nie otwieraj!'. Ponownie wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon. Chłopiec stał jeszcze chwilę i próbował zrozumieć, co stało się jego mamie. Kilka minut później wrócił do domu i tak jak ojciec mówił, zamknął drzwi. Jak na trzylatka był bardzo samodzielnym dzieckiem, potrafił zrobić to, czego dzieci w jego wieku nie potrafiły i składał mające sens zdania. Ale on tego nie wiedział. Nie miał kolegów, czy koleżanek. Dla niego to było normalne. Usiadł w fotelu naprzeciwko drzwi i czekał, aż przyjdzie ciocia Sharon. Lubił ją, ona zawsze z chęcią zajmowała się małym. Sama nie mogła mieć dzieci, dlatego cieszyła się na każde spotkanie z małym. Minęło 10 minut i rozbrzmiał dzwonek. Chłopiec wstał niechętnie i podszedł do drzwi 'Kto tam?' zapytał. 'To ja, maleńki, Sharon.'. Po usłyszeniu jej głosu otworzył pośpiesznie drzwi i kiedy tylko ujrzał ciotkę, wtulił się w nią z całej siły. Pięć minut później siedzieli na dywanie i malec pokazywał jej swój nowy zabawkowy samochód, prezentując jej co potrafi. Kiedy chwycił w rączkę niebieskie autko przypomniało mu się coś. 'Ciociu....' 'Tak?' 'A co się stało mamusi? Krzyczała, tatuś ją gdzieś zabrał. Czy wszystko z nią dobrze?'. Ciotka słysząc to i widząc jego świecące się oczy przybliżyła się i przytuliła go. 'Tak, oczywiście. Wszystko z nią w porządku. Jak wrócą to Ci wszyściuteńko wytłumaczą'. 'Ale... Kiedy oni wrócą?' 'Niedługo, obiecuję Ci, że jak przyjadą, to Cię obudzę i razem pójdziemy się z nimi przywitać'. Chłopiec słysząc to uspokoił się nieco. Pobawił się jeszcze trochę ze swoją ciotką, ale godzinę później powiedziała mu, że czas spać.

Minął jeden dzień. Leżał teraz i był przekonany, że wrócili jego rodzice, ale cierpliwie czekał aż przyjdzie Sharon. Kilka sekund później do pokoju weszła ciotka i gładząc malca po główce mówiła cicho 'Kochany, wstawaj. Rodzice wrócili'. Słysząc to, zerwał się z łóżka i pobiegł upewnić się, że jego mamie nie stało się nic złego. Kiedy był już na samym dole schodów drzwi otworzyły się. Wszedł jego ojciec, za nim matka. Chłopiec podskoczył do niej i kiedy chciał się przytulić jego ojciec go zatrzymał. Mały spojrzał na mamę. Była rozczochrana, a na rękach trzymała małe zawiniątko.

-Jeff. To jest Twoja siostrzyczka, Deborah.