poniedziałek, 28 stycznia 2013

Czwarty

 Ciągle szukam jakiegoś zdjęcia, które pasowałoby do Charlie, ale nie mogę znaleźć. Mówię o tym, bo już zrobiłam zakładkę bohaterowie... A Charlie nadal nie mam. Więc. Dopóki jej nie znajdę, raczej nie dodam.
A! I jeszcze jedno. Nie wiem czy rozwijać wątek z tymi nastolatkami, jakoś tak, pomysłu nie mam. Nie przedłużając 
Miłego czytania.
__________________________________________________________________________________

Deborah leżała na łóżku i patrzyła się w sufit. Było późno w nocy, a ona nie mogła zasnąć.

-Charlie..? Śpisz?

-Nieee. Jakoś tak... nie mogę...

-No ja też...

-Chodź tu, siadaj.

Dziewczyna posłusznie wstała opatulona w kołdrę i usiadła obok Charlie robiącej jej miejsce.

-Tooo... Skąd właściwie jesteś?

-Z Lafayette. A ty?

-Z Tacomy.

-A czemu właściwie mieszkasz z Duffem?- walnęła prosto z mostu Debora, nie zastanawiając się.

-Bo... Jak miałam 5 lat moi rodzice zginęli. Nie miałam żadnej rodziny, oprócz Alice. Była siostrą mojej mamy i mnie do siebie wzięła....


-Przepraszam... Nie wiedziałam.-Deborah przerwała ciszę.

-Nie ma sprawy. A ty?


Rozmawiały tak długo i poznawały się coraz bardziej. Okazało się, że mają wspólne tematy i słuchają niemalże tych samych zespołów. Kiedy już zasypiały i oczy same im się zamykały, Charlotte lekko poderwała opadającą głowę.

-Teraz, skoro wiesz o mnie tak dużo, będziemy musiały zostać przyjaciółkami...albo będę zmuszona Cię zabić...- oznajmiła z poważną miną.

-Ehmm...- wymamrotała Debby i spadła nagle. Nie przejmując się tym zbytnio przeczołgała się na swoje łóżko, wygodnie ułożyła i zasnęła.


Rudą obudziły niezidentyfikowane odgłosy dochodzące zza jej pleców. Odwróciła się i przed oczami miała twarz Charlie wpatrującą się w nią.

-Co ty odpierdalasz?!

-Ty wiesz co? Zeskrobywanie tapety jest nawet fajne...

Deborah gwałtownie odwróciła się na drugą stronę i z hukiem spadła z łóżka.

-No i widzisz? Tak się kończy nie słuchanie...

-Jakie niesłuchanie?

-No... tego...- zeskrobała jeszcze więcej tapety.

-Chyba nie rozumiem...

-Mogłaś słuchać tego, a nie rzucać się jak...jak...jak jakaś fretka! Miałam kiedyś fretkę. Scotty ją nazwałam. Ale zginęła. Duff mówił, że jakiś sąsiad przejechał po niej kosiarką...

-A skąd niby ta fretka miałaby się znaleźć na dworze?

Charlie zrobiła wielkie oczy, wykrzyknęła: RACJA! KŁAMCA PIEPRZONY! ,zerwała się z łóżka i przewracając się o Debby pobiegła do drzwi. Deborah wstała powoli i również wyszła z pokoju. Kiedy chciała wejść do Duffa, Charlie zakryła jej usta dłonią.

-Co ty robisz?- szepnęła dziewczyna.

-Ja...chciałam zobaczyć, czy Duff jeszcze żyje...

-Niee. Nie zabiję go TERAZ...

I zniknęła za drzwiami swojego pokoju.

Deborah:

Minęły jakieś trzy dni. Sony zapisała mnie do szkoły i niestety muszę dzisiaj do niej iść. Czuję się tutaj bardzo dobrze, niemal jak w domu. Tylko brakuje mi brata. Nie wiedziałam się z nim od kiedy tu jestem. W ogóle nie miałam z nim żadnego kontaktu. Moja matka raz tam pojechała, ale nie zabrała mnie ze sobą.
Była 6:43. Wstałam po cichu, zabrałam jakieś ubrania i wyszłam do łazienki. Po jakichś piętnastu minutach wróciłam, rozczesałam włosy i obudziłam Charlie. Pociągnęłam ją za kołdrę, wylądowała na ziemi, a ja uciekłam szybko z pokoju. Przy stole siedzieli już wszyscy (oczywiście oprócz Charlotte układającej się teraz zapewne na ziemi). Usiadłam na moim krześle, zjadłam kanapki i wypiłam herbatę.

-Obudziłaś Charlie?- zapytała Alice pijąc kawę.

-Tak, jeżeli nie zasnęła to powinna za chwilę zejść.

Jak na zawołanie u szczytu schodów pojawiła się wyżej wspomniana. Kilka potknięć, uderzeń o podłogę i siedziała obok mnie. Ja akurat kończyłam jedzenie, więc wstałam, zabrałam naczynia do zlewu i czekałam na Duffa. Jakiś czas później już szliśmy przez korytarze szkoły. Kiedy podeszliśmy pod odpowiednią klasę, zadzwonił dzwonek. Wszyscy się zebrali, a chwilę później pojawiła się też nauczycielka i otworzyła salę. Cała chmara wpadła do klasy. Byli w śród nich przeciętniacy, kujony i kilka plastików My weszliśmy ostatni. Duff skierował się do ostatniej ławki, ja chciałam zrobić to samo, ale nauczycielka złapała mnie za ramię.

-Uwaga klasa!- klasnęła w dłonie- To jest wasza nowa koleżanka Deborah Isbell. Mam nadzieję, że miło ją przywitacie. Ja jestem Emily Smitch. Uczę chemii i jestem waszą wychowawczynią. Mam nadzieję, że jesteś już zaopatrzona we wszystkie podręczniki- z trzema ostatnimi zdaniami zwróciła się do mnie z uśmiechem. Na jej zębach zauważyłam różową szminkę... Pomachałam głową i chciałam iść do ławki, ale znowu mnie zatrzymała- Może opowiesz nam coś o sobie?- mówiła znacznie głośniej, aby wszyscy usłyszeli.- Skąd jesteś, jak się tu znalazłaś, jakie są twoje zainteresowania...- zaczęła wymieniać, ale ja nie słuchałam, tylko w połowie jej wypowiedzi powiedziałam stanowcze, ale dość ciche 'nie' i nareszcie poszłam do ławki. Nie miałam wyboru, musiałam usiąść z Michaelem. Zajęłam miejsce obok niego, wyjęłam jakiś zeszyt i zapisywałam notatkę.
Przez wszystkie lekcje trącał mnie łokciem, myślałam ,że tego nie wytrzymam. Czekają mnie jeszcze trzy lekcje. Teraz siedziałam na angielskim i rysowałam coś po zeszycie. Pod koniec usłyszałam ciche 'kurwa' wydobywające się z ust Duffa. Skończył mu się wkład w długopisie, a on jak dzika małpa próbował wykrzesać z niego resztki niebieskiego tuszu. Prychnęłam i to był największy błąd, jaki mogłam popełnić. Nagle przestał mazać po kartce i wyprostował się. Zmierzył mnie wzrokiem psychopaty i zadzwonił dzwonek. Rzucił się na mnie i zabrał mój długopis. Ja nie zawracając sobie tym głowy, wstałam. ruszyłam do drzwi, później wyszłam na plac przed szkołą, a on biegł za mną.

-Co ty robisz?

-Idę..?

-Czemu?

-Skoro nie mam długopisu, to po co mam siedzieć w szkole?

-Podoba mi się Twój pomysł. Nie wiem co dokładnie kombinujesz,ale idę z Tobą...

-Wiem.

-Taaak w ogóle tooo...Gdzieee my idzieeemyy?- zapytał Duff po 10 minutach włóczenia się po mieście.

-Nie wiem.

Wyprostował się i zaczął śmiać, po jakimś czasie i mi udzielił się humor i w takich nastrojach ledwo doszliśmy do domu. Nikogo nie było. Od razu skierowałam się do kuchni, byłam strasznie głodna. Nałożyłam sobie zimny już obiad zrobiony zapewne przez Alice i szybko zjadłam. Na stole zauważyłam kopertę, było na niej moje imię. Poszłam z nią do pokoju, usiadłam na łóżku i otworzyłam. Od razu rozpoznałam pismo.

Kochana Debby
Głupio pisać mi do Ciebie w liście, wolałbym z Tobą porozmawiać. Oddałbym za to wszystko.
Zastanawiasz się na pewno dlaczego mama nie zabrała Ciebie ze sobą. Ojcu coś odwaliło. Kiedy przyjechała, on stał przy nas i wsłuchiwał się w naszą rozmowę wcinając się w co drugie zdanie. Do tego nie spuszcza mnie z oka. Pilnuje mnie na każdym kroku i nie pozwala na jakikolwiek kontakt z Tobą. Kiedy dzwoniłaś i on odebrał nieźle się wkurzył. Oberwało mi się. Ale nie o to tutaj chodzi. Tylko o to co mi powiedział. Lepiej żebyś nie dzwoniła, uwierz. Boję się o Ciebie. Nie wiem do czego jest zdolny, ale to co mówił było przekonujące. Jak już wiesz starał się o prawo opieki nade mną. Niestety, wygrał z mamą. Nie wiem co za debil mu na to pozwolił. Jak można rozdzielić rodzeństwo i dać dziecko pod opiekę facetowi, który miał problemy z alkoholem i narkotykami... Nie mam pojęcia czemu on właściwie chciał tego rozwodu. Chyba sobie coś ubzdurał. Niby kłócili się często, ale nie przypuszczałem, że to zajdzie aż tak daleko.
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, tam gdzie jesteś i z kim jesteś.
Najgorsze zostawiam na koniec...
Trudno mi o tym myśleć, pisać... Najlepiej by było, gdybyś nie próbowała się ze mną skontaktować. Nie dzwoń. Nie przyjeżdżaj. Zapomnij o mnie. Tak będzie dla Ciebie najlepiej. Przepraszam.

Jeffrey


Czytałam ten list chyba już dziesiąty raz i wciąż nie docierała do mnie jego treść. Jak mam o nim zapomnieć? I co miał na myśli, pisząc, że nie wie do czego zdolny jest ojciec... Pewnie. Bądź szczęśliwa, zapomnij o bracie i nie przejmuj się, co się z nim dzieje.... Czy on w ogóle myśli? Nie wiem ile czasu minęło, ale Charlie wróciła na pewno ze szkoły. To było pewne, bo trzy minuty temu usłyszałam rozbijane szkło i kłótnie. Do pokoju, tak jak w dzień kiedy przyjechałam, wpadli nagle Duff z Charlotte na plecach. Wyrywała mu włosy, gryzła... A on rzucał się na wszystkie strony i próbował się uwolnić.

-Pomóż mi!

-A co zrobiłeś, że Ci to robi?

-Nic nie zrobiłem!

-Oszukałeś mnie! Masz natychmiast powiedzieć, co zrobiłeś ze Scotty' m!

-Już Ci mówiłem! Tyle razy! Ten debil z sąsiedztwa przejechał go kosiarką!

-Ale przecież Scott sam by nie wyfrunął z klatki!

-No bo go wypuściłem na spacer! Ty tempa idiotko!

-Ty jesteś idiotą! Kto normalny bierze FRETKĘ na dwór! Bez smyczy!

-A skąd wiesz, że nie na smyczy?!

-Ta... Ciekawe jak! My nie mamy I NIGDY nie mieliśmy smyczy dla fretek!

Zlitowałam się nad Duffym i ściągnęłam z niego Charlie. Ale zaraz się przewróciłam i razem leżałyśmy na podłodze. Strasznie się rwała, a Michael wyparował nagle z pokoju.

-Puść mnie! On zabił moją fretkę!

-Przestań, nie zabił!

-Zabił!

-Nie!

-Zabił!

...Po kilku minutach takiej kłótni wrócił Duff. Z taśmą klejącą i chustką. Przejął ode mnie Charlie. Chustkę włożył jej do buzi i zakleił taśmą. Ręce zawiązał szerokim sznurkiem. Nareszcie zapanowała cisza przerywana tylko gardłowym 'mmmmyyłmm'. Przez jakiś czas próbowała się uwolnić, ale w końcu się uspokoiła. Chciałam ją odwiązać, ale wiedziałam, że nie są mi żyć pytaniami, a raczej pretensjami typu 'jak mogłam na to pozwolić!?'. Postawiłam więc ją zostawić i poszłam z Duffem coś zjeść.


czwartek, 24 stycznia 2013

Trzeci

Nie wiem co się stało, ale nie mogę zalogować się na bloga. Podobno 'nie ma takiego adresu e-mail' Trudno. Próbowałam wszystkich adresów i haseł, ale na marne. Jak zauważyliście musiałam przenieść bloga na ten. Nie mam innego wyjścia, chyba, że czary istnieją.

Co do opowiadania. W nim Duff nie będzie miał chmary rodzeństwa. Tylko Wiewiórkę i...zaraz zobaczycie.



Michael siedział w kuchni i zastanawiał się czemu akurat jemu musiało się przytrafić, że ma same kobiety w domu. Teraz jego nie szczęście przyniosło mu dwie kolejne osobniki tejże płci. Chodził po mieszkaniu bez sensu, a kiedy przechodził obok drzwi one otworzyły się gwałtownie i uderzyły w jego nos. Upadł na ziemię i nie zauważył kto wszedł. Chociaż mógł się domyślić. Tylko jedna osoba mogła przyjść. Na pewno była wściekła. Mówiła pod nosem nieskładne zdania i powtarzała przezwiska.

-A ty czego leżysz na ziemi! Już od wejścia ludzi straszysz?!- krzyknęła mu prosto w twarz i szybkim krokiem powędrowała do kuchni. Michael podniósł się powoli i poszedł do dziewczyny. Kiedy już uniknął wszystkich rzuconych w jego stronę rzeczy mógł wreszcie powiedzieć jej złą, jak dla niego, nowinę. Poprosił ją, aby usiadła, więc pacnęła tyłkiem o podłogę i z głową opartą o ręce wpatrywała się w niego wściekła. Powiedział jej wszystko, a ona ucieszyła się jak dziecko i pobiegła na górę, do swojego pokoju.

-Nie! -krzyknął- Ona śpi!

Pobiegł za nią i dorwał przed drzwiami. Rzucił się na jej małe ciałko i z wielkim hukiem wpadli do pokoju. Debora poderwała się i przerażona patrzyła, co się dzieje.

-Ty pacanie! Widzisz, co zrobiłeś?! Przestraszyłeś ją!

-Nie moja wina, że jesteś durna i nie myślisz!

-Ja nie myślę?! Phi! Ty się na mnie rzuciłeś!

-Rzuciłem się, bo nie chciałaś się zatrzymać!

-Trzeba było powiedzieć!

-Mówiłem!

Po pięciu minutach kłótni Debby postanowiła się odezwać i przerwać to wszystko.

-Emm... Ja... Nie chcę się wtrącać....ale... możecie przestać?

-Widzisz, co zrobiłeś? Teraz już na pewno ciebie nie lubi! Ha!- dziewczyna wstała z podłogi, otrzepała się i podeszła do Debory. Wyciągnęła ku niej rękę i przedstawiła się.

-Charlotte jestem,ale mów mi Charlie. Kuzynka tego pacana.

-Deborah.

-A ja Michael! I mów mi Duff.- krzyknął wstając niezdarnie z podłogi. Również uścisnęli sobie dłonie, a Charlie mierzyła kuzyna i dziewczynę przenikliwym wzrokiem. Debby zauważyła to i zapytała:

-Mieszkasz tu?

-Niestety mieszka. I musisz z nią dzielić pokój, powodzenia!- powiedział Michael i poszedł do drzwi. Kiedy był w progu dostał piłeczką od tenisa w głowę, ale nie przejął się tym i czym prędzej zamknął pomieszczenie i udał się do 'swojego pokoju'. Dziewczyny zostały same. Chwilę później jednak Duff wrócił z miną geniusza i spojrzał na Charlie i Deborę.

-To jest mój pokój...

Charlotte wstała i wyszły razem z pokoju.

-To łóżko jest twoje. I ta.... część szafy.- otworzyła ją i jedną ręką wyrzuciła wszystkie ubrania na ziemię, aby zostawić dziewczynie dosłownie połowę.

-Dzięki...

-Spoko. Pokażę Ci jeszcze łazienkę. Chodź.- pociągnęła za sobą Debby i po kolei otwierała kolejne drzwi- tutaj pokój Michaela, tutaj. Przepraszam, już nie przeszkadzam. Chyba pokój twojej mamy. Tutaj...ściana... ee... A tu masz łazienkę,o! Zrobię ci miejsce i zostawisz swoje rzeczy. Teraz chodźmy daleej... Tutaj korytarzyk, a tam pokój Alice.

-To twoja ciotka, tak?

-Ehm...A tutaj druga łazienka. Jadalnio-kuchnia...No i salon....

-To czemu mówisz jej po prostu Alice? - zatrzymały się. Charlotte zesztywniała.

-Bo...tak poprosiła... Dobra koniec wycieczki, wracamy?- Debby pokiwała głową i wróciły na górę.




Drugi

Po wielu długich godzinach drogi z kilkoma przystankami wreszcie dotarły na miejsce. Skulona Debora siedziała na przednim siedzeniu z zaschniętymi już na policzkach łzami i niepokojem wypisanym na twarzy. Jej ojciec doskonale wiedział co będzie dla niej czymś najgorszym. Co przysporzy jej najwięcej bólu. Wiedział, że bez brata będzie nieszczęśliwa. Będzie nikim. Na pewno miał nadzieję, że nie poradzi sobie. Wiedział też,że kiedy tak się stanie ich matka również będzie przygnębiona. Widząc ból i tęsknotę ukochanej córki.

Sony delikatnie odkleiła kosmyk włosów zakrywający zamknięte powieki Debory,a ona niespokojnie poruszyła się na fotelu, a chwilę później otworzyła oczy.

-Już jesteśmy.- wyciągnęła kluczyk ze stacyjki wyłączając silnik i wyszła z samochodu. Jej córka zrobiła to samo i chwilę później razem stały pod drzwiami domku z torbami i gitarą należącą wcześniej do Jeffa. Sony zadzwoniła do drzwi, a chwilę później stała w nich kobieta w jej wieku.

-Sony? Co ty tutaj robisz?! Jak ja Ciebie dawno nie widziałam!- uścisnęły się.

-Ja... Pokłóciłam się z Deanem. On chce rozwodu...

-Wejdź, pogadamy.- uśmiechnęła się ciepło kobieta.

Sony spojrzała na córkę, wzięła ją za rękę i poszły za Alice. Usiadły w salonie i czekały na kobietę. Chwilę później weszła z dwiema filiżankami herbaty. Kiedy chciała się zapytać o co chodzi , zorientowała się, że nie mogą rozmawiać o tym przy Debby. Podeszła do niej i ukucnęła obok.

-Cześć Debby. Pewnie mnie nie pamiętasz... Jak byłaś mała bardzo często odwiedzałam twoją mamę i opiekowałam się tobą.

-Pamiętam.

-A pamiętasz Michaela? Mojego syna? On wróci niedługo. Chodź, zaprowadzę cię do jego pokoju.

Złapała ją za rękę i po schodach zaprowadziła do małego pomieszczenia należącego do chłopaka.

-Powinien być za- spojrzała na zegarek- dosłownie dziesięć minut. Poczekasz?- Debby pokiwała głową.- No dobrze. Rozgość się. Ja porozmawiam z twoją mamą.


Debora została sama w pokoju. Usiadła na łóżku i przyglądała się wszystkiemu dookoła. Zauważyła gitarę. Wzięła ją i zaczęła grać piosenkę, którą ostatnio nauczył ją Jeff. 15 minut później usłyszała, że ktoś wchodzi do domu.

-Już jestem!- krzyknął chłopak, ściągnął buty i chciał szybko prześlizgnąć się do swojego pokoju.

-Michael, zaczekaj. Musimy porozmawiać.- kobieta zaprowadziła go do salonu. Zobaczył tam kobietę w wieku matki siedzącą na kanapie. Nie poznawał jej.

-Dzień dobry.- przywitał się i posłusznie usiadł na miejscu, które wskazała mu Alice.

-Cześć Michel.- uśmiechnęła się sztucznie kobieta.

Sony i Alice wytłumaczyły wszystko Michaelowi, a jemu nic nie przeszkadzało, nawet to, że przez jakiś czas tu zamieszkają, dopóki nie dowiedział się, że kobieta ma córkę. Nie podobało mu się to, ale nie miał nic do powiedzenia. Poszedł do siebie, do pokoju. Dziewczyna spała na jego łóżku, a obok niej leżała gitara. Zabrał instrument i położył go w odpowiednie miejsce, a sam zszedł z powrotem na dół. Zjadł obiad podany przez matkę i zgodnie z prośbą zaniósł rzeczy Debby do pokoju naprzeciwko jego.

Pierwszy

Jego świat legł w gruzach. Siostra? Jego. Mała. Siostra? To było dla niego straszne. Czy to oznacza,że jego rodzice nie będą się nim zajmować? W jednej chwili znienawidził tą małą istotkę słodko uśmiechającą się w jego stronę.
-Ale ja nie chcę siostry!

-Kochanie, ona Cię będzie kochała. Już Cię kocha. Będziecie się razem bawić, nauczysz jej wszystkiego...

-Ale ja jej nie kocham! I nie będę się z nią bawić!

Obrażony i wściekły pobiegł na górę do swojego pokoju. Usiadł na łóżku opierając się o ścianę i myślał. Jak to jest mieć siostrę? Młodszą? Czy to coś fajnego? A może wręcz odwrotnie?... Z dołu słychać było podekscytowane głosy jego matki i Sharon. 'Och, jaka ona cudowna!... Jakie ma piękne, zielone oczy! A te rude włoski!' Chłopiec nie wiedział jak dalej będzie wyglądało jego życie. Czy się zmieni? Jeżeli tak, to jak bardzo? Czy ten mały potworek wszystko zniszczy? Myślał tak bardzo długo, aż w końcu zasnął.




Już po jakimś czasie przekonał się, że był w wielkim błędzie. Pierwszym słowem, które wypowiedziała było jego imieniem, pierwszy krok zrobiła w jego stronę. Chodziła za nim wszędzie. Wszystko robili razem, byli nierozłączni. Mówili sobie wszystko i pomagali sobie nawzajem. Nie byli dla siebie tylko rodzeństwem, byli również najlepszymi przyjaciółmi....




Piętnastoletni chłopiec biegał po ogrodzie uciekając przed swoją trzynastoletnią siostrą. Wybiegł na chodniczek i nagle usłyszał odgłos uderzenia o posadzkę. Odwrócił się. Deborah przewróciła się. Podbiegł do niej i w duchu modlił się,aby tylko się nie rozpłakała. Nienawidził tego. Ukucnął obok,ale dziewczynka zakrywała wszystko swoimi gęstymi, rudymi włosami.

-Pokaż.

-To nic poważnego. Zdarłam tylko skórę.

-Pokaż!-Nakazał groźniejszym tonem Jeffrey.

Dziewczyna westchnęła i przerzuciła włosy na drugą stronę. Jego oczom ukazało się zdarte kolano, z którego powoli sączyła się czerwona ciecz.

-Chodź.- złapał ją za rękę- Musimy to przemyć, bo się jeszcze zakażenie wda.

-Pewnie, pewnie.

-Nie dyskutuj ze mną mała.- łobuzerski uśmiech pojawił się na jego twarzy. Zaprowadził siostrę do łazienki, wodą utlenioną przemył ranę i przykleił na nią plaster.

-No. Do wesela się zagoi! -zakpił śmiejąc się chłopak. -No to się już nie pobawimy...

-Nauczysz mnie grać czegoś na gitarze?

-Dobra, chodź.

Weszli do pokoju, który był ich wspólnym i chwycili gitary. Deborah była dobrą uczennicą. Załapała podstawy już dawno temu. Często grali razem i sprawiało im to niemałą przyjemność. Upłynęło kilka godzin i robiło się powoli ciemno. Ich rodzice już niedługo powinni wrócić do domu. Nagle usłyszeli, jak ktoś otwiera drzwi tak mocno, że wiszące za nimi lustro rozpada się na miliardy małych kawałeczków.

-Ty tępa suko! Powinienem to zrobić dawno temu! Ta gówniara nie jest moja, prawda!? Dlatego ma rude kudły! W jakich jeszcze sprawach mnie oszukałaś?

-Nawet nie próbuj mi wcisnąć takich rzeczy! Deborah to twoja córka! Nie wiem co Ci przyszło do głowy!

-Puściłaś się! Taka jest prawda!

-Nie! Kochałam Cię! I nigdy się nie puściłam! Moja siostra też ma rude włosy, tak samo jak babcie! To TY mnie zdradziłeś! Ile razy były akcje typu 'skok w bok'?! Co?

-Wynoś się stąd! Nie chcę widzieć ani Ciebie, ani tej drugiej suki!

-Mówisz o swojej córce!

-To nie jest moja córka! Tylko pewnie jakiegoś pierwszego, lepszego ćpuna!

-Masz rację! Bo ty jesteś ćpunem! I alkoholikiem! Zniszczyłeś mi całe życie!

-JA ci zniszczyłem życie?! Sama na to zapracowałaś! I nie jestem ćpunem! W przeciwieństwie do CIEBIE, ja jestem zadowolony ze swojego życia! Coś w nim polepszyłem! Owszem, miałem gorsze lata! Ale wyszedłem z nałogu! Dla tego małego jebanego rudzielca! I tylko tyle jej zawdzięczam! Nic więcej! Że też ci się bachora zachciało! Kolejny kłopot!

Rodzeństwo siedzące na piętrze słuchali wszystkiego z niepokojem. Nagle trzask. Spojrzeli sobie w oczy. Jeff był opanowany, a Debby przerażona.

-Wazon poszedł. Założymy się, kto rzucił? Stawiam na mamę. -próbował rozładować sytuację Jeffrey. Ale jego siostrze nie było do śmiechu. Przecież słyszała, jak jej własny ojciec przezywa jej od suk i zarzuca, że nie jest wcale jego córką. W jej oczach pojawiły się łzy, płynęły po policzkach. Bała się o matkę, o Jeffrey'a i o samą siebie. Usłyszała,że ktoś wbiega po schodach. Drzwi otworzyły się, a w nich stała jej matka. Odetchnęła z ulgą. 'Dobrze, że to ona nie dostała tym wazonem...' myślała dziewczyna. Kochała ojca, ale on zawsze wywyższał syna. Zawsze to Jeff był najcudowniejszy, najlepszy i niczemu winny. Bolało ją to. Jeffrey o tym wiedział i nie chciał tego. Sprawiał same kłopoty, żeby ojciec zwrócił uwagę na Debby.

-Dzieci, pakujcie się. Wyjeżdżamy stąd.

Kobieta rzuciła się na szafę i wyjęła z niej dwie torby, w pośpiechu wkładała tam rzeczy córki, na początek. Kiedy chciała zabrać się za pakowanie syna w drzwiach stanął jej mąż z rozciętą wargą i zaczerwienioną twarzą.

-O nie! Syna mi nie zabierzesz!

Zaczęła się szamotanina. Jeff zabrał szybko torbę siostry, gitarę, złapał ją za rękę i zbiegł na dół, do samochodu. Wpakował wszystko do bagażnika i popatrzył na siostrę. Ona obserwowała go ze zdziwieniem i przerażeniem. Podszedł do niej i złapał ją za ręce. Ścisnął je mocno i spojrzał w jej oczy. Uśmiechnął się na chwilę.

-Debbs... Trudno mi to wszystko sobie jakoś ułożyć,ale.... Musisz wyjechać z mamą.

-CO?! Nie! Nie zostawię Cię tutaj samego!

-Wiem, wiem, że Tobie też jest i będzie trudno,ale tak musi być. Mama zabierze Cię w bezpieczne miejsce i razem będziecie lepiej żyć. Kupicie sobie domek i będziecie szczęśliwe.

-Jeff, braciszku... Jak możesz tak mówić!? Kocham Cię! Przecież bez Ciebie nie będzie nawet na chwilę fajnie.

-Zobaczysz,że będzie! Jeszcze jak!

-Ale... Kto będzie mnie uczył grać na gitarze? Z kim będę rozmawiała całą noc, kiedy nie będę mogła zasnąć?! NIKT mnie tak nie zrozumie, jak TY!- z każdym słowem wylewała potoki łez. Nie mogła wyobrazić życia bez jej kochanego brata. -Pojedź z nami!


-Chciałbym. Naprawdę. Teraz jest to dla mnie największe marzenie, ale... Nie mogę! Nie widzisz co ojciec teraz robił z mamą?! Zabiłby ją! Zostanę z nim,ale obiecuję Ci. Obiecuję, że nasz kontakt się nie urwie. Przyjadę do Ciebie. Gdziekolwiek będziesz. Będę dzwonił, wspierał Cię, odwiedzał.- w tym momencie z domu wybiegła ich mama. Podbiegła szybko do dzieci i popatrzyła na nich.

-Ale na pewno? Nie zostawisz mnie?

-Nie, obiecuję. Będę zawsze, kiedy tylko będziesz mnie potrzebowała.

Przytulili się do siebie jak najmocniej i nie chcieli się rozstać. Teraz płakali już oboje. Jeff zacisnął oczy, aby po chwili je otworzyć i oderwać się od siostry.

-Wsiadaj już.

Powolnym krokiem zrobiła to, co było nieuniknione i wsiadła do samochodu ciągle obserwując brata. Podeszła do niego matka. Wymienili krótkie zdania i również wtulili się w siebie.
 
 -Jeffrey. Zrobię WSZYSTKO, żebyś zamieszkał z nami. Kocham Cię. Uważaj na siebie!

-Kocham Cię, mamo.

Kobieta wsiadła do samochodu i już chciała odjeżdżać, ale powstrzymał ją jeszcze krzyk syna.

-MAMO! Nie powiedziałaś mi nawet gdzie jedziecie. -Podszedł do samochodu i mówiąc to ciągle patrzył na swoją zalaną łzami siostrę. Nie mógł znieść widoku jej płaczącej. Cierpiącej.

-Do Seattle, synku. Mam tam przyjaciółkę, jest dla mnie jak siostra.- ścisnęła jego rękę i uśmiechnęła się przez łzy.
Z domu wybiegł jej mąż.

-Jedź już.- pogonił Jeffrey matkę, a ta zrobiła to, co radził i ruszyła z piskiem opon przed siebie. Kiedy wyjechała na autostradę, która była oddzielona o kilka minut spojrzała na swoją córkę. Nadal płakała. Złapała ją za dłoń. Spojrzała w zielone oczy córki i pocieszająco się uśmiechnęła.

-Jakoś nam się ułoży.



Prolog

Prawie trzyletni chłopiec leżał skulony na łóżku tuląc do siebie z całej siły misia. Usłyszał, że ktoś podjechał pod dom. Przetarł oczy swoimi małymi rączkami. Było wcześnie rano. Bał się. Nie wiedział co się stało jego mamie.

Kilka godzin temu upadła na ziemię i krzyczała coś o jego tacie. Mały się przestraszył. Pobiegł jak najszybciej schodami na górę, wskoczył na łóżko ojca i obudził go. Ten słysząc głosy żony zerwał się i wybiegł na dół. Chłopiec pobiegł za nim. Widział,że jego tata podnosi mamę, bierze ją na ręce i kieruje się na dwór. 'Mamusiu!' krzyknął tylko chłopczyk i dalej człapał za rodzicami. Ojciec położył kobietę w samochodzie i już miał jechać, kiedy przypomniał sobie o swoim synku. Wysiadł zdenerwowany z pojazdu i zwrócił się do niego 'Wracaj do domu. Zadzwonię do mojej siostry i się tobą zajmie. Zamknij drzwi i nikomu nie otwieraj!'. Ponownie wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon. Chłopiec stał jeszcze chwilę i próbował zrozumieć, co stało się jego mamie. Kilka minut później wrócił do domu i tak jak ojciec mówił, zamknął drzwi. Jak na trzylatka był bardzo samodzielnym dzieckiem, potrafił zrobić to, czego dzieci w jego wieku nie potrafiły i składał mające sens zdania. Ale on tego nie wiedział. Nie miał kolegów, czy koleżanek. Dla niego to było normalne. Usiadł w fotelu naprzeciwko drzwi i czekał, aż przyjdzie ciocia Sharon. Lubił ją, ona zawsze z chęcią zajmowała się małym. Sama nie mogła mieć dzieci, dlatego cieszyła się na każde spotkanie z małym. Minęło 10 minut i rozbrzmiał dzwonek. Chłopiec wstał niechętnie i podszedł do drzwi 'Kto tam?' zapytał. 'To ja, maleńki, Sharon.'. Po usłyszeniu jej głosu otworzył pośpiesznie drzwi i kiedy tylko ujrzał ciotkę, wtulił się w nią z całej siły. Pięć minut później siedzieli na dywanie i malec pokazywał jej swój nowy zabawkowy samochód, prezentując jej co potrafi. Kiedy chwycił w rączkę niebieskie autko przypomniało mu się coś. 'Ciociu....' 'Tak?' 'A co się stało mamusi? Krzyczała, tatuś ją gdzieś zabrał. Czy wszystko z nią dobrze?'. Ciotka słysząc to i widząc jego świecące się oczy przybliżyła się i przytuliła go. 'Tak, oczywiście. Wszystko z nią w porządku. Jak wrócą to Ci wszyściuteńko wytłumaczą'. 'Ale... Kiedy oni wrócą?' 'Niedługo, obiecuję Ci, że jak przyjadą, to Cię obudzę i razem pójdziemy się z nimi przywitać'. Chłopiec słysząc to uspokoił się nieco. Pobawił się jeszcze trochę ze swoją ciotką, ale godzinę później powiedziała mu, że czas spać.

Minął jeden dzień. Leżał teraz i był przekonany, że wrócili jego rodzice, ale cierpliwie czekał aż przyjdzie Sharon. Kilka sekund później do pokoju weszła ciotka i gładząc malca po główce mówiła cicho 'Kochany, wstawaj. Rodzice wrócili'. Słysząc to, zerwał się z łóżka i pobiegł upewnić się, że jego mamie nie stało się nic złego. Kiedy był już na samym dole schodów drzwi otworzyły się. Wszedł jego ojciec, za nim matka. Chłopiec podskoczył do niej i kiedy chciał się przytulić jego ojciec go zatrzymał. Mały spojrzał na mamę. Była rozczochrana, a na rękach trzymała małe zawiniątko.

-Jeff. To jest Twoja siostrzyczka, Deborah.