Ciągle szukam jakiegoś zdjęcia, które pasowałoby do Charlie, ale nie mogę znaleźć. Mówię o tym, bo już zrobiłam zakładkę bohaterowie... A Charlie nadal nie mam. Więc. Dopóki jej nie znajdę, raczej nie dodam.
A! I jeszcze jedno. Nie wiem czy rozwijać wątek z tymi nastolatkami, jakoś tak, pomysłu nie mam. Nie przedłużając
A! I jeszcze jedno. Nie wiem czy rozwijać wątek z tymi nastolatkami, jakoś tak, pomysłu nie mam. Nie przedłużając
Miłego czytania.
__________________________________________________________________________________
Deborah leżała na łóżku i patrzyła
się w sufit. Było późno w nocy, a ona nie mogła zasnąć.
-Charlie..? Śpisz?
-Nieee. Jakoś tak... nie mogę...
-No ja też...
-Chodź tu, siadaj.
Dziewczyna posłusznie wstała
opatulona w kołdrę i usiadła obok Charlie robiącej jej miejsce.
-Tooo... Skąd właściwie jesteś?
-Z Lafayette. A ty?
-Z Tacomy.
-A czemu
właściwie mieszkasz z Duffem?- walnęła prosto z mostu Debora, nie
zastanawiając się.
-Bo... Jak miałam
5 lat moi rodzice zginęli. Nie miałam żadnej rodziny, oprócz
Alice. Była siostrą mojej mamy i mnie do siebie wzięła....
-Przepraszam...
Nie wiedziałam.-Deborah przerwała ciszę.
-Nie ma sprawy. A
ty?
Rozmawiały tak
długo i poznawały się coraz bardziej. Okazało się, że mają
wspólne tematy i słuchają niemalże tych samych zespołów. Kiedy
już zasypiały i oczy same im się zamykały, Charlotte lekko
poderwała opadającą głowę.
-Teraz, skoro
wiesz o mnie tak dużo, będziemy musiały zostać
przyjaciółkami...albo będę zmuszona Cię zabić...- oznajmiła z
poważną miną.
-Ehmm...-
wymamrotała Debby i spadła nagle. Nie przejmując się tym
zbytnio przeczołgała się na swoje łóżko, wygodnie ułożyła i zasnęła.
Rudą obudziły
niezidentyfikowane odgłosy dochodzące zza jej pleców. Odwróciła
się i przed oczami miała twarz Charlie wpatrującą się w nią.
-Co ty
odpierdalasz?!
-Ty wiesz co?
Zeskrobywanie tapety jest nawet fajne...
Deborah
gwałtownie odwróciła się na drugą stronę i z hukiem spadła z
łóżka.
-No i widzisz?
Tak się kończy nie słuchanie...
-Jakie
niesłuchanie?
-No... tego...-
zeskrobała jeszcze więcej tapety.
-Chyba nie
rozumiem...
-Mogłaś słuchać
tego, a nie rzucać się jak...jak...jak jakaś fretka! Miałam
kiedyś fretkę. Scotty ją nazwałam. Ale zginęła. Duff mówił,
że jakiś sąsiad przejechał po niej kosiarką...
-A skąd niby ta
fretka miałaby się znaleźć na dworze?
Charlie zrobiła
wielkie oczy, wykrzyknęła: RACJA! KŁAMCA PIEPRZONY! ,zerwała się
z łóżka i przewracając się o Debby pobiegła do drzwi. Deborah
wstała powoli i również wyszła z pokoju. Kiedy chciała wejść
do Duffa, Charlie zakryła jej usta dłonią.
-Co ty robisz?-
szepnęła dziewczyna.
-Ja...chciałam
zobaczyć, czy Duff jeszcze żyje...
-Niee. Nie zabiję
go TERAZ...
I zniknęła za
drzwiami swojego pokoju.
Deborah:
Minęły jakieś trzy dni. Sony zapisała mnie do szkoły i niestety
muszę dzisiaj do niej iść. Czuję się tutaj bardzo dobrze, niemal
jak w domu. Tylko brakuje mi brata. Nie wiedziałam się z nim od
kiedy tu jestem. W ogóle nie miałam z nim żadnego kontaktu. Moja
matka raz tam pojechała, ale nie zabrała mnie ze sobą.
Była 6:43. Wstałam po cichu, zabrałam jakieś ubrania i wyszłam
do łazienki. Po jakichś piętnastu minutach wróciłam, rozczesałam
włosy i obudziłam Charlie. Pociągnęłam ją za kołdrę,
wylądowała na ziemi, a ja uciekłam szybko z pokoju. Przy stole
siedzieli już wszyscy (oczywiście oprócz Charlotte układającej
się teraz zapewne na ziemi). Usiadłam na moim krześle, zjadłam
kanapki i wypiłam herbatę.
-Obudziłaś Charlie?- zapytała Alice pijąc kawę.
-Tak, jeżeli nie zasnęła to powinna za chwilę zejść.
Jak na zawołanie u szczytu schodów pojawiła się wyżej
wspomniana. Kilka potknięć, uderzeń o podłogę i siedziała obok
mnie. Ja akurat kończyłam jedzenie, więc wstałam, zabrałam
naczynia do zlewu i czekałam na Duffa. Jakiś czas później już
szliśmy przez korytarze szkoły. Kiedy podeszliśmy pod odpowiednią
klasę, zadzwonił dzwonek. Wszyscy się zebrali, a chwilę później
pojawiła się też nauczycielka i otworzyła salę. Cała chmara wpadła do klasy. Byli w śród nich przeciętniacy, kujony i kilka plastików My
weszliśmy ostatni. Duff skierował się do ostatniej ławki, ja
chciałam zrobić to samo, ale nauczycielka złapała mnie za ramię.
-Uwaga klasa!- klasnęła w dłonie- To jest wasza nowa koleżanka
Deborah Isbell. Mam nadzieję, że miło ją przywitacie. Ja jestem
Emily Smitch. Uczę chemii i jestem waszą wychowawczynią. Mam
nadzieję, że jesteś już zaopatrzona we wszystkie podręczniki- z trzema ostatnimi zdaniami zwróciła się do mnie z uśmiechem. Na jej
zębach zauważyłam różową szminkę... Pomachałam głową i
chciałam iść do ławki, ale znowu mnie zatrzymała- Może opowiesz
nam coś o sobie?- mówiła znacznie głośniej, aby wszyscy
usłyszeli.- Skąd jesteś, jak się tu znalazłaś, jakie są twoje
zainteresowania...- zaczęła wymieniać, ale ja nie słuchałam,
tylko w połowie jej wypowiedzi powiedziałam stanowcze, ale dość
ciche 'nie' i nareszcie poszłam do ławki. Nie miałam wyboru,
musiałam usiąść z Michaelem. Zajęłam miejsce obok niego,
wyjęłam jakiś zeszyt i zapisywałam notatkę.
Przez wszystkie lekcje trącał mnie łokciem, myślałam ,że tego nie
wytrzymam. Czekają mnie jeszcze trzy lekcje. Teraz siedziałam na
angielskim i rysowałam coś po zeszycie. Pod koniec
usłyszałam ciche 'kurwa' wydobywające się z ust Duffa. Skończył
mu się wkład w długopisie, a on jak dzika małpa próbował
wykrzesać z niego resztki niebieskiego tuszu. Prychnęłam i to był
największy błąd, jaki mogłam popełnić. Nagle przestał mazać
po kartce i wyprostował się. Zmierzył mnie wzrokiem psychopaty i
zadzwonił dzwonek. Rzucił się na mnie i zabrał mój długopis. Ja
nie zawracając sobie tym głowy, wstałam. ruszyłam do drzwi, później
wyszłam na plac przed szkołą, a on biegł za mną.
-Co ty robisz?
-Idę..?
-Czemu?
-Skoro nie mam
długopisu, to po co mam siedzieć w szkole?
-Podoba mi się
Twój pomysł. Nie wiem co dokładnie kombinujesz,ale idę z Tobą...
-Wiem.
-Taaak w ogóle
tooo...Gdzieee my idzieeemyy?- zapytał Duff po 10 minutach włóczenia
się po mieście.
-Nie wiem.
Wyprostował się i
zaczął śmiać, po jakimś czasie i mi udzielił się humor i w
takich nastrojach ledwo doszliśmy do domu. Nikogo nie było. Od
razu skierowałam się do kuchni, byłam strasznie głodna. Nałożyłam
sobie zimny już obiad zrobiony zapewne przez Alice i szybko zjadłam.
Na stole zauważyłam kopertę, było na niej moje imię. Poszłam z
nią do pokoju, usiadłam na łóżku i otworzyłam. Od razu
rozpoznałam pismo.
Kochana Debby
Głupio pisać
mi do Ciebie w liście, wolałbym z Tobą porozmawiać. Oddałbym za
to wszystko.
Zastanawiasz
się na pewno dlaczego mama nie zabrała Ciebie ze sobą. Ojcu
coś odwaliło. Kiedy przyjechała, on stał przy nas i wsłuchiwał się
w naszą rozmowę wcinając się w co drugie zdanie. Do tego nie spuszcza
mnie z oka. Pilnuje mnie na każdym kroku i nie pozwala na
jakikolwiek kontakt z Tobą. Kiedy dzwoniłaś i on odebrał nieźle
się wkurzył. Oberwało mi się. Ale nie o to tutaj chodzi. Tylko o
to co mi powiedział. Lepiej żebyś nie dzwoniła, uwierz. Boję się
o Ciebie. Nie wiem do czego jest zdolny, ale to co mówił było
przekonujące. Jak już wiesz starał się o prawo opieki nade mną.
Niestety, wygrał z mamą. Nie wiem co za debil mu na to pozwolił.
Jak można rozdzielić rodzeństwo i dać dziecko pod opiekę
facetowi, który miał problemy z alkoholem i narkotykami... Nie mam
pojęcia czemu on właściwie chciał tego rozwodu. Chyba sobie coś
ubzdurał. Niby kłócili się często, ale nie przypuszczałem, że
to zajdzie aż tak daleko.
Mam nadzieję,
że jesteś szczęśliwa, tam gdzie jesteś i z kim jesteś.
Najgorsze
zostawiam na koniec...
Trudno mi o tym myśleć, pisać... Najlepiej by było, gdybyś
nie próbowała się ze mną skontaktować. Nie dzwoń. Nie
przyjeżdżaj. Zapomnij o mnie. Tak będzie dla Ciebie najlepiej.
Przepraszam.
Jeffrey
Czytałam ten list chyba już dziesiąty raz i wciąż nie docierała
do mnie jego treść. Jak mam o nim zapomnieć? I co miał na myśli,
pisząc, że nie wie do czego zdolny jest ojciec... Pewnie. Bądź
szczęśliwa, zapomnij o bracie i nie przejmuj się, co się z nim
dzieje.... Czy on w ogóle myśli? Nie wiem ile czasu minęło, ale
Charlie wróciła na pewno ze szkoły. To było pewne, bo trzy minuty
temu usłyszałam rozbijane szkło i kłótnie. Do pokoju, tak jak w
dzień kiedy przyjechałam, wpadli nagle Duff z Charlotte na plecach.
Wyrywała mu włosy, gryzła... A on rzucał się na wszystkie strony
i próbował się uwolnić.
-Pomóż mi!
-A co zrobiłeś, że Ci to robi?
-Nic nie zrobiłem!
-Oszukałeś mnie! Masz natychmiast powiedzieć, co zrobiłeś ze
Scotty' m!
-Już Ci mówiłem! Tyle razy! Ten debil z sąsiedztwa przejechał go
kosiarką!
-Ale przecież Scott sam by nie wyfrunął z klatki!
-No bo go wypuściłem na spacer! Ty tempa idiotko!
-Ty jesteś idiotą! Kto normalny bierze FRETKĘ na dwór! Bez
smyczy!
-A skąd wiesz, że nie na smyczy?!
-Ta... Ciekawe jak! My nie mamy I NIGDY nie mieliśmy smyczy dla fretek!
Zlitowałam się nad Duffym i ściągnęłam z niego Charlie. Ale
zaraz się przewróciłam i razem leżałyśmy na podłodze.
Strasznie się rwała, a Michael wyparował nagle z pokoju.
-Puść mnie! On zabił moją fretkę!
-Przestań, nie zabił!
-Zabił!
-Nie!
-Zabił!
...Po kilku minutach takiej kłótni wrócił Duff. Z taśmą klejącą
i chustką. Przejął ode mnie Charlie. Chustkę włożył jej do
buzi i zakleił taśmą. Ręce zawiązał szerokim sznurkiem.
Nareszcie zapanowała cisza przerywana tylko gardłowym 'mmmmyyłmm'.
Przez jakiś czas próbowała się uwolnić, ale w końcu się
uspokoiła. Chciałam ją odwiązać, ale wiedziałam, że nie są mi
żyć pytaniami, a raczej pretensjami typu 'jak mogłam na to
pozwolić!?'. Postawiłam więc ją zostawić i poszłam z Duffem coś
zjeść.